21 kwietnia 2017

Just stop your crying, it’s a sign of the times


Przekręcasz się na plecy, otwierasz oczy i uśmiechasz się, gdy czujesz na swojej twarzy promienie słoneczne. Trochę rażą cię w oczy, ale to nic, uwielbiasz to. Zawsze potrafiłeś cieszyć się z prostych rzeczy, przez co ludzie często nazywali cię naiwnym głupcem. Ale tobie daleko do niewinności. Dalej, niż niektórym się wydaje. Przy okazji przypominasz sobie ostatnią rozmowę ze swoim starym przyjacielem. Na pytanie o twój wiek odpowiedziałeś, że już dawno przestałeś liczyć. Jesteś już stary, ale wciąż nie nauczyłeś się kłamać, S. Nagle uświadamiasz sobie, że ostatnio wszystkie dni zlewają się w jedno. Masz wrażenie, że wszystko stoi w miejscu, choć przecież świat prze do przodu. Zastanawiasz się, czy powrót do Mystic Falls miał jakikolwiek sens. Ostatnio byłeś tu bardzo dawno temu. Ludzie, których kiedyś znałeś, w większości już nie żyją - pomijając tych, którzy tak jak ty są potworami. A jednak coś cię tu trzyma. Coś, czego tak do końca nie potrafisz zrozumieć. Poddajesz się temu, bo nic innego ci nie pozostało. Jesteś sam, jesteś bardziej samotny niż zdajesz sobie z tego sprawę, ale uśmiechasz się, w myślach po raz milionowy wahając się, czy to aby nie idealny dzień, by w końcu odejść.
Samuel Evans
1 stycznia 1642, Lancaster — 3 września 1666, Londyn — Soul Avery
wampir — od niedawna nauczyciel historii w MFHS



Cześć! Razem z Samem jesteśmy chętni na wątki oraz powiązania. Evansowi na pewno przydałby się ktoś z przeszłości - jakiś przyjaciel, wróg(?), więc jeżeli znajdzie się ktoś chętny, to zapraszam.
Z racji tego, że mam ograniczony czas na pisanie, odpisy będą pojawiać się wieczorem lub w nocy.
W tytule Harty Styles i jego Sign Of The Times, a wizerunek nieznany.

PS Kocham Leviego (i jego autorkę też - gdyby nie ona, nie miałabym takiej pięknej karty) 

51 komentarzy:

  1. [Oh, nauczyciel! W takim razie wątek z uczennicą obowiązkowo musi być :D Także serdecznie zapraszam, a także witam wśród nas i życzę dobrej zabawy! A zdjęcie przepiękne, nie mogę oderwać wzroku *,*]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  2. [Karta faktycznie jest ładna ;) niestety nie mam pomysłu, jak powiązać nasze postacie. Trzeba by coś wymyślić,o!]

    Lawrence

    OdpowiedzUsuń
  3. [Gdy tylko przeczytałam, że Samuel to nauczyciel w MFHS, to w mojej głowie od razu zaswieciła się lampka. Myślę bowiem, że uda nam się stworzyć ciekawe powiązanie :) Matilde jest uczennicą MFHS, ale że niedawno została przemieniona w wampira, to nie uczęszcza do szkoły. Rodzice są przekonani, że jest na wycieczce szkolnej, która faktycznie ma miejsce i szczęśliwie zbiegła się w czasie z przemianą, więc Matilde ma wymówkę. Samuel, znając ją ze szkoły, mógłby zobaczyć ją jednak w miasteczku i tak o wszystkim by się dowiedział. Później może mógłby jej pomóc w powrocie do szkoły?
    A tak poza tym to cześć, zostań z nami na długo! :)]

    MATILDE HARGOVE

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Uu, pan profesor. Szkoda, że mój pan nie chodzi do szkoły :c Mimo to zawsze można wymyślić coś ciekawego, czyż nie? ;> Jestem otwarta na wszystkie propozycje, o jakaś relacja z przeszłości na przykład. W końcu Blaise też jest potworem. ]

    Blaise

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć. Ładna krata, ciekawy pan, świetny html :D No co mogę więcej powiedzieć? Wątków, weny oraz czasu ci życzę :)
    W razie jakiejkolwiek chęci to zapraszam do siebie. Może coś się wymyśli ciekawego?]

    Wołodia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Witam ślicznie na blogu! Mam nadzieję, że świetnie będziesz się tutaj bawić! ]

    Kol

    OdpowiedzUsuń
  7. [Chętnie przygarnę jakiś ciekawy wątek i powiązanie, jeśli również masz ochotę. Myślę, że nasze postaci w jakiś sposób znalazłyby wspólny język. Życzę dobrej zabawy. c:]

    Jeremy Holliday

    OdpowiedzUsuń
  8. Odłożyłem filiżankę na stół. Fajans stuknął cicho o drewno, przerywając nieznośne milczenie pustego mieszkania. Zawsze tak okrutnie milczało, tak długo, jak byłem tu tylko ja. Ciemne, puste, chłodne. Przynajmniej czyste, w końcu wycieram kurz z każdego zakątka trzy razy dziennie.
    Spoglądam w ciemną herbatę. Nawet nie wiem, kiedy zrobiła się taka zimna, jednak to mało istotne. Mierzi mnie widok własnego odbicia w czarnej tafli. Tak jak za każdym razem, nie było zbyt lśniące, o ile w ogóle. Nigdy nie było. Powoli przenoszę znudzony wzrok na okno, za którym spodziewam się go dojrzeć, w końcu zawsze wraca drogą z tej strony posesji. Odliczam w myślach sekundy, bowiem zawsze bywa punktualny. Drgam nieco na krześle, delikatnie się podnosząc, kiedy go widzę. Jak co dzień przechodzi przez dziurę w płocie, którą mieliśmy załatać miesiąc temu, ponieważ nie chce mu się dochodzić do furtki. Podchodzi do okna, przy którym siedzę, aby w nie zastukać, a ja posyłam mu czuły uśmiech, prędko pędząc do drzwi. Moment, w którym je otwieram, zamazuje się, bowiem zaraz czuję jego dłonie na swoim ciele, jestem dociskany do ściany, jego pocałunki zapierają mi dech w piersiach.
    Ale przecież to tylko sen.
    Czuję dłonie na swoim ciele, jestem dociskany do łóżka, te obrzydliwe pocałunki zapierają mi dech w piersiach. Wszystko zamazuje się, a ja zastanawiam się, ile tego pieprzonego tojadu pozwoliłem w siebie wcisnąć. Nie tylko tojadu. Wciąż nie mam pojęcia, czym to było, pomimo tego, że właśnie przez to stopniowo zaczynam tracić zmysły. Doskonale wiedzą, co mi podali, wykorzystują to najlepiej jak potrafią. Wciąż jestem w pełni przytomny, choć bezsilny zupełnie jak dziecko. Przestaję odróżniać wszelkie doznania, jest ich zbyt dużo, zbyt wiele na raz. Ból i przyjemność zawsze szły ze sobą w parze, a razem z nimi pieniądze, w końcu tylko po to tu jestem. Biorę to z czystą myślą, bez żadnych wyrzutów sumienia, dawniej tego nie potrafiłem.
    Jest mi z tym zaskakująco dobrze.
    Zapinam krzywo koszulę, niekoniecznie poprawnie operując własnymi palcami. Zaciskam palce na brudnych, wilgotnych pieniądzach i wciskam je do kieszeni marynarki, zaraz zarzucając ją na ramiona. Z obrzydzeniem czuję, jak ubrania przyklejają się do mojego brudnego ciała, ale przecież wystarczyło dojść do domu i jak najprędzej zmyć to z siebie. Taki przynajmniej miałem plan.
    Wciąż nie wiem, co poszło nie tak.
    Nie mam pojęcia, która godzina wybiła, nie jestem w stanie nawet stwierdzić, gdzie tak naprawdę się znajduję. Moje zmysły mnie zawodzą, węch nie potrafi wychwycić żadnego zapachu, wzrok ogarnia czerń, czerń jeszcze ciemniejsza niż noc. Chyba leżę, gdzieś na chodniku, bowiem czuję zimną zimny beton, chociaż szczerze nie wiem, kiedy upadłem. Czuję także smak krwi w ustach, obezwładniający ból każdego skrawka ciała, wszechogarniające gorąco, które wręcz wypala mnie od środka. Tojad, zdołałem stwierdzić, nim oczy same mi się zamknęły. Nie chciałem zasypiać, ale chyba nie miałem wyjścia. Byłem po prostu zbyt zmęczony, ale i tak miałem zamiar przekląć za to samego siebie.

    |ja i mój żałosny początek

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten sen był zmorą. Pieprzoną zmorą, ale tak cholernie trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście był snem. Czułem pod sobą twardy, zimny beton, który delikatnie chłodził moje rozpalone ciało. To pieprzone anty-wilkołacze zielsko nie tylko mnie osłabiało, negując wszelkie jakże ułatwiające przeżycie zdolności, ale i powodowało stan podobny do gorączki, przez który długo nie potrafiłem się pozbierać. Rzeczywistość rozmywała się, czułem i widziałem urywkami, pomiędzy momentami, kiedy zamykałem oczy i nie czułem już nic.
    Za którymś mrugnięciem chodnik zmienił się w ciepłe, silne ramiona, ale w tamtej chwili nie potrafiłem ocenić, kiedy to nastąpiło i dlaczego ktokolwiek odważyłby się dotknąć tak brudnego, sponiewieranego ciała. Czułem jeszcze równie ciepłe, miękkie, chyba łóżko, ale jego komfort także nie pozwolił mi pobudzić zmysłów do działania. A potem znów zasnąłem. Zdecydowanie na dłużej, tak mi się wydaje.
    I ponownie to łóżko, miękkie i ciepłe. Nie otwierałem oczu przez dłuższą chwilę, ale czułem delikatne, pierwsze promienie słońca na swojej bladej, piegowatej twarzy. Nie miałem absolutnego pojęcia, gdzie byłem ani jak się tu znalazłem, ale niewątpliwie musiałem jak najprędzej to odkryć.
    Nie czułem już bólu, zresztą, tak było zawsze; działanie tojadu przeminęło. Tak jak ból, ustała i gorączka, jednakże jedno wciąż pozostawało niezmienne, tak jak każdego dnia: uczucie wszechogarniającego brudu, który czułem na sobie każdym skrawkiem ciała.
    Poczułem także zapach. Zapach tego brudu. Oczyszczone z tojadu zmysły znów były ponadprzeciętnie czułe, ale, cholera, nie spodziewałem się aż tak cuchnąć. Zapach potu i spermy zdecydowanie nie należał do moich ulubionych, przekleństwa już cisnęły mi się na usta, kiedy nagle poczułem jeszcze inną woń. Woń wampira.
    Natychmiast poderwałem się do siadu, otwierając szeroko oczy. Odrobinę za szybko, bowiem wciąż odzyskiwałem przytomność; wzrok mi się zamazywał, jednak potrafiłem dojrzeć tę jedną sylwetkę w promieniach słońca. Poczułem ukłucie w sercu. Cholernie mocne. Te jasne włosy i te zielone oczy. Z całą pewnością miałem zwidy, bo to nie mogła być rzeczywistość. Przecież nie pomyliłbym tych oczu z żadnymi innymi. Ale jego już tutaj nie było, nie na tym świecie, kurwa mać. Może jednak tojad nie przestał działać?
    — Charlie? — Wykrztusiłem, a mój głos jeszcze nigdy nie brzmiał mi tak obco. To pewnie przez wciąż utrzymujący się smak krwi oraz nasienia w ustach, który razem z suchością, dawał okrutne połączenie. I może też trochę przez niedowierzanie, choć usilnie starałem się sprowadzić samego siebie na ziemię. Charles nie żył, a w tym pokoju wszędzie cuchnęło wampirem.
    Pościel zsunęła się z mojej piersi, a ja dopiero wówczas zdałem sobie sprawę z tego, że byłem nagi. Dokładnie wtedy, kiedy dreszcz zimna przeszył moje nagie plecy, na których jeszcze wczoraj widniała masa siniaków i szkarłatnych pręg. Dziś nie pozostało już po nich nic.
    Właśnie ten dreszcz rozbudził mnie całkowicie, dzięki niemu zdołałem odzyskać ostrość wzroku, by z świadomością grzechu, jakim było wypowiedzenie jego imienia, ponownie przyjrzeć się jasnowłosej postaci. Czułem, że życie sobie ze mnie kpi, ten wampirzy odór uderzał we mnie coraz silniej, a jakby tego było mało, nie potrafiłem zdzierżyć spojrzenia tych jasnozielonych oczu, które były mi tak miłe. Kimkolwiek był ten wampir, nie był Charliem, a ja wciąż nie wiedziałem gdzie jestem, co się stało, dlaczego właśnie prawie oszalałem.

    |znowu ja :<

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciarki smagały moje odkryte plecy, kiedy czułem na sobie to spojrzenie. Odwzajemniałem je równie bez skrupułów, jednak znacznie agresywniej. Wpatrywałem się w niego zimno, pragnąłem przebić go na wylot spojrzeniem własnych, ciemnych jak noc oczu, jednak zaskakująco słabo mi to wychodziło. Z kolei jego oczy peszyły mnie. Ich zieleni nie dało się pomylić z żadną inną, tak jak tych jasnych włosów. Tylko delikatnie się kręciły, tylko były nieco ciemniejsze. Tylko. A zarazem tak identyczne. Ale to nie był Charlie. W żadnym wypadku.
    Przegapiłem moment, w którym łzy wypełniły moje oczy. Zdołałem powstrzymać je w porę, nim zaczęły płynąć, nie mogłem pozwolić sobie na chwilę słabości, nie w obecności obcego. Pomimo tych łez, utrzymywałem kamienne oblicze, szczególnie wtedy, kiedy się do mnie zbliżył. Słuchałem jego słów uważnie, choć prawdę powiedziawszy, mało mnie obchodziły. Szczególnie dokładnie przeanalizowałem jego imię, natychmiast je zapamiętując i powtarzając w myślach. Próbowałem skojarzyć je z czymkolwiek, jednak nie udało mi się to. Cholera.
    Powoli drgnąłem na łóżku, chcąc ocenić sprawność moich kończyn. Wyglądało na to, że wszystko było z nimi w porządku, tak jak z całym moim ciałem. Niezbyt poruszał mnie fakt, iż obcy krwiopijca oglądał je i pozostawił mnie nagiego. Obnażałem się każdego wieczoru, a on nie był wyjątkiem. Evans.
    — Myślisz, że zrobiłeś dobry uczynek? — Zapytałem chłodno, sięgając po pieniądze.
    Mój głos diametralnie różnił się od tego, którym rozpaczliwie próbowałem zawołać Charliego. Wymazałem z niego wszelkie emocje, jakie mogły towarzyszyć mi w tej chwili. Nie miałem zresztą w czym za bardzo wybierać.
    — Było mi zaskakująco dobrze na tamtym chodniku — zadrwiłem. Przeliczałem przy okazji banknoty, nie poświęcając wampirowi większej atencji niż dotychczas. Odłożyłem je na powrót ze spokojem na szafkę, ponownie zerkając na blondyna. Evansa. — Szczególnie, że było tam czyściej niż tu.
    Moja uwaga nie była zbyt trafna, i choć zapach kurzu gryzł mnie w nozdrza, wiedziałem, że najbrudniejszym elementem pomieszczenia byłem właśnie ja. Zsunąłem się powoli z łóżka, kładąc stopy na chłodnej podłodze. Zdecydowanie potrzebowałem kąpieli, zdecydowanie jak najszybciej. Tak, mogłem po prostu zabrać się stąd i udać do domu, jednak w takim stanie brzydziłem się nawet patrzeć w lustro, nie mówiąc już o pokazywaniu ludziom na ulicy.
    Choć powinienem być wdzięczny, nie szanowałem jego przychylności. Nie potrafiłem. Bez słowa minąłem go w drodze do łazienki, wciąż tak samo nagi i tak samo niski. Przechodząc obok zapragnąłem zatrzymać się, aby porównać nasz wzrost, jednak przekląłem za to samego siebie w myślach. Nie chciałem zacząć nienawidzić siebie bardziej niż już to czyniłem, jednak chyba było to nieuniknione.
    — Będę wdzięczny — dodałem, zanim uciekłem od jego spojrzenia do łazienki.
    Chyba uznałem, że powinienem to powiedzieć, choć w istocie naprawdę nie chciałem za nic mu dziękować. Evansowi.

    |naprawde zle wyszlo.

    OdpowiedzUsuń

  11. Dosłownie czułem, jak podnosi mi się ciśnienie. I choć nie ośmieliłem się wrócić do pokoju, subtelnie rąbnąłem pięścią w drewniane drzwi, zostawiając na niech swoisty podpis.
    — Nie jestem dzieckiem, pieprzony pasożycie! — Warknąłem, nie kryjąc własnej irytacji. To był poważny błąd.
    Nie powinienem komukolwiek pozwalać odkryć tego, że można było mnie zranić w jakiś sposób. Jakikolwiek. Nikt nie powinien znać moich słabości, tym bardziej wampir, któremu i tak wisiałem dług wdzięczności za uratowanie życia. Zdawałem sobie sprawę z tego, że gdyby nie on, mogłem zostać czyjąś przekąską. Innego pasożyta. Nie okazywałem tej wdzięczności i nie miałem zamiaru, a ten krwiopijca zdecydowanie powinien zacząć uważać na to, jakie gówniane słowa wypuszczał ze swojej gównianej gęby.
    Prysznic nieco mnie wyciszył. Wiedziałem, że nawet najgorętsza woda nie wyparzy ze mnie tego brudu, którego piętno zostało na mnie silnie odciśnięte. Zawsze kąpałem się we wrzątku, w nadziei, że za którymś razem może się uda. Ale nigdy się nie udawało. Mogłem czuć się jedynie fałszywie czysty, co nie spełniało moich oczekiwań w żadnym stopniu.
    Nie miałem zamiaru dyndać na łasce tej bezczelnej pijawki. Niemniej jednak wolałem paradować w jego otoczeniu mniej obdarty z godności, nawet jeśli miała to być najpodlejsza koszulka, którą mu zaoferował. W pierwszej sekundzie po jej ujrzeniu wiedziałem, że uczynił to celowo. P i e r d o l o n y E v a n s. Ubrałem to, powiększając swój zasób słownictwa o nowe, nieistniejące jak dotąd przekleństwa. Byłem zaskakująco dobrym poetom, szczególnie, kiedy w grę wchodziły neologizmy.
    Dłuższą chwilę wpatrywałem się w lustro w łazience. W milczeniu obserwowałem, jak pojedyncze krople spadały z mokrych włosów i wsiąkały w pstrokatą koszulkę. Wpatrywałem się we własne oczy, czarne jak noc, starając się w jakikolwiek sposób przypomnieć sobie, w którym momencie życia tak bardzo się stoczyłem. Czułem, że gdybym spotkał teraz siebie na ulicy, nie polubiłbym siebie ani nie zechciałbym nawiązywać ze sobą znajomości. Na pewno nie z takim spojrzeniem.
    Podobnym spojrzeniem obdarzyłem tego j e b a n e g o E v a n s a, kiedy wreszcie pojawiłem się w kuchni. Nie upadłem jeszcze tak nisko, aby zakładać te poniżająco za duże spodnie, dlatego do pomieszczenia wcisnąłem się tylko w tych czarnych bokserkach, które wisiały na moim tyłku niczym szorty, a także koszulce, która, dzięki Bogu, właśnie to zasłaniała. Chude palce zaciskałem na mokrej szmacie, z której zdołałem skorzystać już w tamtej zakurzonej sypialni. Wiedziałem, że gdziekolwiek pójdę, nie będzie tam lepiej.
    Nabijał się ze mnie. Nabijał się, czułem to namacalnie, fizycznie, każdym fragmentem własnego ciała. Nie uraczyłem go żadną odpowiedzią, a jedynie bez słowa wspiąłem się na kuchenny blat, aby stojąc na palcach, ścierką przetrzeć szafkę ponad głową wampira. Następnie niemalże wcisnąłem mu ją w twarz.
    — Czy twoim zdaniem jest to czyste? — Zapytałem zimno, patrząc na niego ciężko z góry. Przynajmniej w tej sytuacji mogłem być chociaż odrobinę wyższy niż w rzeczywistości, ale nawet stojąc na blacie, wcale wiele go nie przewyższałem.
    Mój wzrost bynajmniej nie ubliżał mojemu spojrzeniu, które, z całą pewnością, gdyby tylko mogło, mordowałoby. Mordowałoby, a ja byłbym mordercą, patrzącym na truchło tego p i e p r z o n e g o E v a n s a. Jakbym już nim nie był.

    |nie umiemy przeklinać

    OdpowiedzUsuń
  12. Czułem doskonale jego spojrzenie na swoim ciele. Niezbyt mnie to peszyło. Podejrzewałem, że wampir zatrzymał wzrok na moich patykowatych, pełnych blizn, gładkich nogach, w celu zwrócenia na ich temat jakiejś kąśliwej uwagi. Osobiście na pewno bym tak zrobił, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego, bezceremonialnie wyrwał mi ścierkę z ręki, a przecież jeszcze nie skończyłem tu sprzątać. Bezczelny sukinkot.
    Wnet poczułem jego silne ręce obejmujące moja biodra. Chwycił mnie w pasie, aby zdjąć mnie z blatu a ja wówczas byłem pewien, że go po prostu zabiję. Teraz, zaraz. Wiedziałem, że do podniesienia mnie nie używa żadnej nadludzkiej siły, w końcu ważyłem tylko te pieprzone czterdzieści pięć kilogramów. Dlatego dojrzałem dla siebie szansę ucieczki. Już miałem wyrwać się z jego uścisku, kiedy uderzyłem plecami w ścianę. W tamtym momencie już wiedziałem, że znalazłem się na przegranej pozycji, choć wciąż dziecinnie próbowałem dokonać niemożliwego, starając się szarpnąć rękoma. Ale, cholera, był za silny. Zdecydowanie za silny, a ja byłem tylko słabym wilkołakiem, który mógł pochwalić się jedynie faktem, jak szeroko potrafi rozkładać nogi.
    Jego uścisk dotkliwie mnie bolał, choć Evans pewnie nie był tego świadomy. W końcu wilkołaki powinny być niewrażliwe na ból, jednakże ja, odkąd tylko pamiętam, stanowiłem wyjątek od tej reguły. Bolesny wyjątek.
    Odczuwałem przemożną ochotę splunięcia mu prosto w twarz i byłem tego naprawdę bliski, dopóki nie przysunął twarzy jeszcze bliżej mojej własnej. Wciąż nie wiem, dlaczego, ale wówczas wstrzymałem oddech, bojąc się choćby drgnąć. Jakieś dziwne, nieprzyjemne uczucie wypełniło mnie całego, to uczucie sprawiało, że zapomniałem, jak się oddycha, a czując jego oddech na swoich ustach, po prostu drżałem niekontrolowanie. Pomimo tego byłem w stanie wciąż obdarzać go lodowatym spojrzeniem, wpatrując się prosto w te zielone oczy, które zaglądały wgłąb mojej duszy. Wciąż i wciąż nie mogłem odpędzić od siebie myśli, że były tak cholernie podobne do jego oczu. Tylko delikatnie jaśniejsze, jednak wciąż takie same. Powoli zaczynałem w nich tonąć, topić się, kiedy wreszcie odsunął się ode mnie. Tak naprawdę żadne jego słowo nie dotarło do mnie, a połowę zdołałem już zapomnieć.
    Nie miałem zamiaru opuszczać tego miejsca, chociaż powinienem. Zdecydowanie wolałem poruszać się w nocy, niż za dnia, a i nie zamierzałem ruszać się stąd bez odzyskania mojej marynarki. Pieprzyć koszulę i spodnie. Miałem takich dziesiątki. Marynarka była jedyna w swoim rodzaju.
    — Herbatę — powiedziałem jedynie, nim podstawił filiżankę pod ekspres. Nie pijałem kawy. Nigdy tego nie robiłem. Była obrzydliwa.
    Byłem zaskoczony faktem, w jaki sposób udało mu się przygasić mój temperament. Jeszcze chwilę temu byłem pewien, że rozszarpię go gołymi rękoma, kiedy tylko mnie puści, jednak teraz usiadłem grzecznie przy stole, przeczesując palcami wciąż mokre włosy. I obserwowałem go. Po prostu.


    |Rivaille

    OdpowiedzUsuń
  13. Gdyby ktoś, ktokolwiek, powiedziałby mi kiedyś, że któregoś poranka w swoim życiu będę jadł jajecznicę w tęczowej koszulce za dużej o trzy rozmiary oraz w towarzystwie wampira, wyśmiałbym tę osobę. Wyśmiałbym, a do tego obrzucił wyzwiskami, o jakich nawet mi się nie śniło. A jednak siedziałem tu, przy tym stole, a żeby przy nim usiąść, musiałem wręcz wspiąć się na to cholernie wysokie krzesło, gdzie bose stopy dyndały mi dobry metr ponad podłogą. Cudownie. Naprawdę sądziłem, że lada moment go zabiję. Testowałem swoją cierpliwość, która, jak dotąd, okazywała się iście anielską.
    Skinieniem głowy podziękowałem za herbatę, ponieważ słowo "dziękuję" nie figurowało w moim słowniku. Starałem się przymknąć oko na fakt, iż podał mi napar w kubku, a nie filiżance. Postanowiłem przemilczeć ten temat. Chwyciłem kubek lewą ręką nie za uchwyt, lecz od góry; przysunąłem go do ust w miejscu wolnej przestrzeni pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Jednocześnie właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że z każdą chwilą pozwalałem temu wampirowi odkrywać coraz więcej informacji na mój temat. Na pewno zauważył, że miałem słabszą prawą rękę, skoro po wszystko sięgałem lewą. Mógł to jeszcze wykorzystać przeciwko mnie. Gdyby znowu planował mnie obezwładnić. Szlag by go wziął.
    Upiłem łyk wrzątku, który wcale nie był tak obrzydliwy, jak podejrzewałem po taniej, popularnej firmie. Powoli odstawiałem kubek, kiedy ten pieprzony Evans użył tego pieprzonego słowa tabu. Wówczas prawie go oplułem, czego do tej pory strasznie mi wstyd. Zdążyłem zasłonić usta dłonią, co niezbyt zmieniło fakt, iż musiałem później powycierać ją w swoją nową, wesołą koszuleczkę.
    — Jeszcze raz, a cię ugryzę — warknąłem, choć wiedziałem, że wampir średnio przejmuje się moimi słowami, jak i moim spojrzeniem. Wciąż nie wiedziałem, jakim cudem je znosi. Wszyscy zawsze odwracali prędko wzrok, a on twardo się trzymał, nawet nie mrugając. Zdecydowanie był godnym mnie przeciwnikiem. — Levi — dodałem ciszej.
    Jajecznica przyciągała mnie do siebie swoim zapachem, jednak nie chciałem jej ulec. Nie chciałem ulegać Evansowi. Mój żołądek skręcał się z głodu, a ja zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje, skoro poprzedniego wieczoru najadłem się tak ogromnej ilości tojadu i ejakulatu.
    W końcu jednak uległem, sięgając po wciąż ciepły tost ponownie lewą ręką, aby zaraz pochłonąć go w ciszy. W milczeniu przyjąłem kolejne pytanie wampira. Wiedziałem, że w końcu o to spyta, a ja, wciąż siedząc w jego domu, dawałem mu na to niezliczoną ilość okazji. Jednakże nie odpowiedziałem, dopóki nie zjadłem całego pieczywa i nie popiłem go herbatą. Tym razem nie zamierzałem już nią pluć.
    — Na czymś muszę zarabiać — odparłem spokojnie, wycierając okruszki kciukiem z kącików ust. Wciąż został tam jeden, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. — Wampiry szczególnie to lubią — przyznałem mu rację. Nie wiedząc czemu, nagle zamilkłem, a moja dłoń w odruchu powędrowała do szyi. Musnąłem palcami fragment skóry wzdłuż żyły, a dopiero kiedy zdałem sobie z tego sprawę, opuściłem rękę. Cholera.

    |Rivaille Evans?

    OdpowiedzUsuń
  14. Miło? Nie mogłem powiedzieć tego samego. Świadomość długu wdzięczności odciskała się na moim sumieniu, a uderzyła we mnie szczególnie mocno, kiedy wampir wypowiedział moje imię. Silnie zadrżałem, kiedy dotarło do moich uszu. Nienawidziłem tego. Nie chciałem, by to zobaczył.
    Skupiłem się na jedzeniu, widząc, że Evans także zaczyna milczeć. Zdołałem w spokoju pochłonąć całą jajecznicę, która wcale nie była taka zła. Zająłem się dopijaniem herbaty, nim znów odezwał się do mnie. Jego spokojny głos mnie drażnił. Wytykał mi moje błędy dokładnie tak, jakby czuł nade mną przewagę i czuł się ode mnie wyższy. Albo to ja po prostu czułem się gorszy. Zresztą, wesoła, tęczowa koszuleczka szczególnie mocno nakreślała moją pozycję w tej sytuacji.
    Prawdę powiedziawszy, nie miałem pojęcia, jaka dawka tojadu stanowiła dla wilkołaka śmiertelną. Niby skąd miałem to wiedzieć? Gdzieś z tyłu głowy miałem jednak świadomość, że każdego dnia igram ze śmiercią, szczególnie, że moje ciało było słabe i drobne. Ten fakt z całą pewnością zmniejszał maksymalną ilość tojadu, jaką mogłem przyswoić. Ale i tak to robiłem. Za to mogłem dostać więcej. I dostawałem. Uważałem to za dobrą wymianę. Wiedziałem, że ryzykuję tym życie, ale jeszcze nigdy nic mi się nie stało. Zawsze testowałem. Balansowałem na krawędzi. Nie obawiałem się tego. Już nie.
    Drgnąłem jeszcze silniej, kiedy wspomniał o wampirach. Cholera, to wcale nie tak, że się ich bałem, jednak zacisnąłem mocniej palce na kubku. Pieprzony Evans. Co on sobie myślał, rozgrzebując w ten sposób moją osobę i wszystkie sekrety? Musiałem się stąd wynieść jak najszybciej.
    Dopiłem herbatę, zaraz oblizując blade, pełne usta. Delikatnie odbijały promienie słońca bijące przez kuchenne okno. Choć siedziałem na tym krześle sztywno, nie mogłem powiedzieć, że poranek należał do nieprzyjemnych. Nie doświadczałem takich wielu, odkąd... cholera.
    — Skąd wiesz, ile tojadu miałem w sobie? — Zapytałem, bowiem to niezmiernie mnie interesowało. Chciałem też przerzucić temat własnych myśli na nieco inny tor, byle jak najodleglejszy od Charliego. Sam nigdy nie wiedziałem, ile tojadu mi podawano. Domyślałem się, jak nieodpowiedzialne było to mojej strony, jednak nigdy nie zwracałem na to większej uwagi.
    Nie chciałem odpowiadać na jego pytanie dotyczące mojego wieku, ponieważ odpowiedź była raczej dosyć logiczna. Sam twierdził, że wyglądam jak dzieciak, a ja sam miałem świadomość tego, że moja uroda odejmuje mi lat. Z całą pewnością obstawiał, iż byłem w nastoletnim wieku, a przecież nawet głupiec wiedział, że wilkołaki, w przeciwieństwie do wampirów, starzeją się.
    Obserwowałem, jak przygryza wargę, nie do końca wiedząc, jak długo już wpatruję się w jego usta. Wreszcie jednak odchrząknąłem, zeskakując z krzesła. Wprawdzie powiedział, że nie jestem tu, żeby sprzątać, ale mogłem chociaż pozmywać naczynia.
    — Co zrobiłeś z moimi ubraniami? — Zapytałem uprzejmie, zabierając mu talerz sprzed nosa. Zależało mi na odzyskaniu ich i jak najszybszym opuszczeniu tego miejsca.

    |pedant

    OdpowiedzUsuń
  15. Pozwoliłem. To słowo było tutaj kluczowe. Zacisnąłem palce na talerzach bardzo mocno, ale prędko je odłożyłem. Już prawie czułem, jak pękają mi w dłoniach. Nie chciałem narobić tu więcej syfu. Zająłem się myciem naczyń, aby odgonić od siebie myśli dotyczące tojadu. Zawsze tak robiłem, a ich było zdecydowanie za dużo.
    Nieco zdębiałem, kiedy stanął obok mnie. Jego cień całkowicie mnie przytłoczył. Dlaczego musiałeś być tak cholernie wysoki, pieprzony wampirze? Albo to ja naprawdę byłem aż tak niski. Zapragnąłem na niego spojrzeć, jednakże wiedziałem, że aby to uczynić, musiałbym zadrzeć głowę do góry. Jego niedoczekanie.
    Podejrzewałem, że wyprał moje ubrania, i podejrzewałem, że w przeciwieństwie do pieniędzy, nie znalazł i nie wyjął z kieszeni marynarki wizytówek. Na całe szczęście marynarka nie wyglądała na oblepioną papierem, tak więc oszczędziłem wampirowi zbędnych obelg. Kiedy wrócił, akurat kończyłem wycierać do sucha talerze i kubki. Uwaga o koszulce rozbawiła mnie dosyć dotkliwie, jednakże, jak to miałem w zwyczaju, nie pokazałem tego po sobie. I tak uraczyłem go zbyt dużym wachlarzem swojej ekspresji, czego nie powinienem czynić absolutnie nigdy w życiu. Ale to wszystko przez te jego cholernie zielone oczy.
    Powoli odłożyłem czyste naczynia na blat, przysłuchując się uważnie jego słowom. Dopiero kiedy wszystko znalazło się na swoim miejscu, a ubrania w moich dłoniach, obdarzyłem go swoim spojrzeniem.
    — Wybacz, ale nie skorzystam — w moim głosie malowała się drwina. Nawet po tym wszystkim, co dla mnie zrobił, nie potrafiłem mu podziękować. Wiedziałem, że to nieodpowiednie zachowanie z mojej strony, jednak nie miałem zamiaru nic z tym zrobić. — Nie potrzebuję pomocy. Całkiem dobrze się bawię — oznajmiłem, choć drwina ustąpiła smutkowi, który wstąpił do mojego spojrzenia. Nie byłem go świadomy w ani jednym procencie.
    Zmierzając do pokoju, w którym spałem, aby się przebrać, raz jeszcze dokładnie analizowałem jego słowa. Moja pieprzona pamięć zdołała zapamiętać kubek w kubek każdy wyraz oraz ton, z jakim je wypowiedział. Troska tego krwiopijcy przyprawiała mnie o mdłości. Nie potrzebowałem jej wcale. Gdyby ktoś mnie skrzywdził... Cholera, czy ten wampir naprawdę nie myślał? Pozwalałem się krzywdzić każdego wieczoru. Dotkliwie. Nieraz czerpałem z tego przyjemność.
    — Szlag by cię wziął — mruknąłem pod nosem sam do siebie, nim zaszyłem się w pomieszczeniu.
    Poskładałem tęczową koszulkę dokładnie i zostawiłem ją na brzegu łóżka wraz z postrzępioną wizytówką z marynarki. Jej jakość po praniu była znikoma, aczkolwiek dało się z niej odczytać numer telefonu oraz inne bzdety. Swoje buty znalazłem sam, pamiętałem, że stały przy łóżku. Poprawiłem kołnierzyk koszuli i dopiero wówczas wróciłem do kuchni. Poplamiona krwią nie nadawała się już do niczego.
    Ponownie obrzuciłem Evansa spojrzeniem, które wreszcie miało właściwe brzmienie. W tej tęczowej koszulce nie potrafiłem wyglądać groźnie, choć zapewne w jego oczach w ogóle taki nie byłem. Podszedłem do stołu, aby wziąć i skrzętnie zwinąć banknoty, które następnie wcisnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki.
    — Dobra jajecznica — rzuciłem na odchodne. Sekundę później już mnie tam nie było.

    |do zobaczenia w klubie?

    OdpowiedzUsuń
  16. Tej nocy nie spałem. Nie dlatego, że służyłem komuś swoim towarzystwem. To była pierwsza noc od dawna, kiedy miałem okazję odetchnąć i spokojnie zmrużyć oko. Ale nie mogłem zasnąć. Ilekroć zamykałem oczy, widziałem tę przecudną zieleń, nie potrafiłem odpędzić się od niej ani na chwilę, prędko stała się irytującym koszmarem. Zapewne nie miałbym takich problemów z zaakceptowaniem tego obrazu, gdyby nie fakt, iż zieleń ta była jaśniejsza niż ta barwa, którą znałem.
    Następnego dnia Samuel Evans był już tylko przeszłością, a przynajmniej tak mi się wydawało. Zajęty własnymi sprawami wyrzucałem go ze swoich myśli, ale ten sukinkot był jak bumerang. Uparcie wracał, kiedy tylko pozwoliłem na lukę w swoim umyśle. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak się działo. Ale miałem okazję zapomnieć o nim chociaż na chwilę już, lub może dopiero wieczorem.
    Dosłownie wymarzone dla mnie zlecenie – wampir, wampiry i jeszcze więcej wampirów, w końcu tak je uwielbiałem. Po wczorajszym dniu miałem już stanowczo dosyć tych krwiopijców. Na miejscu stawiłem się, jak zawsze, punktualnie, ubrany w najlepszą koszulę, których miałem dziesiątki w szafie, moją najlepszą marynarkę i buty, które dodawały mi pięć centymetrów, ale modliłem się, aby nikt tego nie zauważył.
    Przegapiłem moment, w którym wpadłem w ramiona jednej z tych pijawek. Nawet nie wiedziałem, kiedy znalazłem się pomiędzy nimi na kanapie w kącie. Byłem stałym bywalcem tego klubu, jednak muzyka i gęsta atmosfera przytłaczały mnie za każdym razem. Tak samo jak ogromne obłoki dymu papierosowego, który co jakiś czas jeden z nich wdmuchiwał mi w płuca. Tak, bierne palenie zdecydowanie było fajne.
    Przytłaczały mnie te gorące ciała i to ciężkie ramię, które obejmowało mnie, zgniatając mi kark. Głośno rozmawiali i mnóstwo pili, a ja robiłem tylko za dekorację, dlatego miałem okazję poobserwować trochę środowisko klubu. Co prawda czułem, jak ta obleśna ręka rozpina moją koszulę, aby dotknąć mojego ciała, ale zbytnio się tym nie przejmowałem. Nie stanowiło to niczego niezwykłego. Żadnej nowości, bynajmniej nie dla mnie.
    — Hej, Levi... rozluźniłbyś się trochę. — Poczułem jego cuchnący alkoholem oddech zaraz przy swoim uchu. Kiedy objął je wargami, miałem ochotę przekląć, jednak tylko mocniej zacisnąłem palce na własnym kolanie. — A może potrzebujesz czegoś na rozluźnienie?
    Pozwoliłem, aby obrócił moją twarz w swoją stronę. Nie chciałem odwzajemniać jego pocałunku, jednak w odruchu rozchyliłem wargi, kiedy pod koszulą ścisnął mojego sutka. Nie sprawiało mi to żadnej przyjemności, ale tak właśnie byłem nauczony. Mocno przyciągnął mnie do siebie, jeszcze silniej trzymając mnie w pasie, wręcz wbijając paznokcie w moje ciało. Drugą ręką nieustannie trzymał mnie za szyję, a ja nie wiedziałem, dlaczego. Zrozumiałem to dopiero wówczas, gdy wepchnął mi dwie spore tabletki prosto do przełyku, a zaciskając palce na gardle, zmusił mnie do ich połknięcia.
    Zacząłem się krztusić, za co zostałem pogłaskany po głowie. Nienawidziłem tego. Gardło paliło mnie cholernie mocno, zapewne dlatego, że był to tojad. Kurwa mać.
    Lada moment zostałem ponownie obezwładniony. Moja koszula została całkowicie rozpięta, czułem, jak rozpinali mi spodnie. Nie rozumiałem tylko, czemu nagle przestali, ale najpierw usłyszałem ten powód, a potem dopiero ujrzałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę wierzyłem w to, że los sobie ze mnie kpił. Ogarniał mnie tak wielki szok, że nie byłem w stanie wykrztusić słowa, kiedy wpatrywałem się bez pamięci w te jasnozielone tęczówki. Przekleństwa cisnęły mi się na usta, jednak chyba zapomniałem, jak używa się mowy. Zamiast tego przesunąłem wzrok na zwitek banknotów na stoliku, wierzchem dłoni ścierając strużkę śliny z brody oraz kącika ust. Pokaźna suma. Nasuwało mi się tylko jedno pytanie: czy te pieniądze były w stanie zrekompensować fakt, że oddawałem się właśnie w jego ręce...?
      Odwzajemniłem jego spojrzenie, bez cienia emocji na twarzy. Poprawiłem spodnie i prędko zapiąłem koszulę, zresztą, wyjątkowo krzywo, jak zawsze. Chwyciłem pieniądze, wstając, a marynarkę przerzuciłem przez ramię. Jednym krokiem przeskoczyłem ponad stolikiem, zerkając na głęboko zszokowanych wampirów.
      — Następnym razem, panowie — miałem ochotę uśmiechnąć się krzywo, jednak w rzeczywistości byłem jeszcze bardziej przerażony.
      Cały dzień mentalnie i fizycznie szykowałem się na noc w towarzystwie trójki perwersyjnych wampirów, a nie na niego. Jebany bumerang.
      Czyste powietrze uderzyło mnie w nozdrza, jednak nie miałem zamiaru ani okazji się nim nacieszyć. Nie wiedząc, czy Evans podąża za mną, odszedłem kilka kroków od wyjścia, aby w mało subtelny sposób pozbyć się całej zawartości i tak pustego żołądka. Ostatnim posiłkiem przeze mnie zjedzonym była prawdopodobnie jajecznica Evansa, dlatego sprowokowanie wymiotów było dla mnie prawdziwym wyzwaniem.
      Przekląłem głośno i siarczyście, widząc wśród soków trawiennych tylko jedną, do połowy rozpuszczoną tabletkę.

      przepraszam

      Usuń

  17. Próbowałem wymusić wymioty po raz drugi, ale nic z tego nie wyszło. Prócz drugiej tabletki w istocie nie miałem czego zwracać, ponieważ nic nie jadłem, a nawet nie piłem. Nie przewidziałem takiej sytuacji, ale czy ktokolwiek mógłby? Ostatnim, czego chciałem, to być pod wpływem środka odurzającego w towarzystwie Samuela Evansa. Mojego własnego, prywatnego bumerangu.
    Nie miałem pojęcia, czy to był czysty przypadek, czy ten pieprzony wampir rzeczywiście mnie śledził. A jeśli zjawił się w klubie przez zrządzenie losu, dlaczego, do cholery jasnej, musiał się wtrącać? Zarabianie pieniędzy szło mi świetnie. Nie poruszały mnie gesty tych krwiopijców ani ich słowa, byłem do tego przyzwyczajony. W końcu to tylko praca.
    Mogłem zrobić mu na złość, temu jebanemu Evansowi, jednak pokusa pieniądza była większa. Sam nie wiedziałem, dlaczego, ale miałem pewność, że on nic mi nie zrobi, że to łatwe pieniądze w zasadzie za nic. Nie wiedziałem również, jak bardzo błędne było moje myślenie, ale o tym miałem przekonać się już wkrótce.
    Drgnąłem dopiero wówczas, kiedy zawołał mnie po imieniu. Jego głos przeszył mnie na wskroś, sprawiając, że cały się zatrząsłem. Zdałem sobie sprawę z tego, że wciąż klęczałem na chodniku, i że nie usłyszałem tego, co do mnie mówił; że nieświadomie odciąłem się od rzeczywistości. Wytarłem usta wierzchem drżącej ręki. Cholera, nie potrafiłem nad nią zapanować. Zaczynałem także czuć to nieprzyjemne gorąco, które nie zwiastowało niczego dobrego.
    Nie odpowiedziałem, a pokiwałem jedynie głową. Były dwie, czułem, że to były dwie tabletki, kiedy wampir wpychał mi je do gardła i zmusił mnie do ich połknięcia. Ale nie potrafiłem pozbyć się drugiej, która i tak już prawdopodobnie się rozpuściła, bowiem powoli odczuwałem jej działanie. Z trudem wstałem na nogi, nie do końca celowo chwytając się ramienia Evansa. Delikatny uśmiech cisnął mi się na usta, jednak nie dałem za wygraną. Chciałem się uśmiechać, bowiem czułem satysfakcję z tego, że chociaż w tych żałosnych butach byłem odrobinę wyższy i sięgałem Evansowi do ramienia.
    Nie odpowiedziałem, ale czy kiedykolwiek to czyniłem? I tak nie zamierzałem zdradzić mu swojego adresu, a coś niesamowicie silnego pchało mnie wprost do Evansa. Podejrzewałem, że to przez te tabletki, ale wówczas nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. Pachniał tak cholernie kusząco. Tak dobrze. Tak słodko. Zapragnąłem go mieć, chociaż na jedną noc. Po coś mnie wykupił, prawda?
    Władowałem się na tylne siedzenie czarnego jeepa, a może jednak był on biały? O ile w ogóle był to jeep. Wiedziałem, że będę pamiętał o tym następnego dnia, ale nie dzisiaj. Zawsze pamiętałem dopiero następnego dnia. Te środki odurzające odbierały mi wszelkie zmysły.
    Rozwaliłem się na tych fotelach jak pijany dzieciak, w nadziei, że nie zarzygam wampirowi samochodu. Nie do końca taki miałem cel. Wywaliłem stopy w wysokich butach na szybę, wpatrując się w sklepienie pojazdu, a kiedy ruszył, prawie zleciałem z siedzeń na wycieraczki. Kurwa.

    jedziemy!

    OdpowiedzUsuń
  18. Ulice Mystic Falls nie należały do dróg najlepszej jakości, a każda najmniejsza nierówność sprawiała, że moje ciało latało po całym tylnym siedzeniu w samochodzie jak jakaś pieprzona, bezwładna kukiełka. Przynajmniej takie miałem wrażenie. Czułem się zupełnie jak ta kukiełka, kiedy byłem pod wpływem nieznanych mi środków. Za każdym razem działały inaczej, wolniej lub szybciej, słabiej lub silniej, w zależności od składu i jakości. Dzięki niektórym odczuwałem więcej przyjemności, a inne powodowały tylko więcej bólu. Wciąż ich nie rozróżniałem, jednak zdecydowanie najlepsze były te, które sprawiały, że po prostu traciłem świadomość. Wówczas niewiele pamiętałem, a dzięki temu czułem się mniej brudny, co i tak było niemożliwe.
    Dopóki Evans nie otworzył drzwi, nie zorientowałem się, że stoimy. Tak, środki zdecydowanie zaczęły działać. Nie potrafiłem podnieść się z fotela, ręce stały się bezsilne i drżące, moje ciało było cholernie rozpalone, choć było mi zimno. Nie byłem w stanie mu odpowiedzieć, próbowałem wstać, ale wszystko kończyło się fiaskiem, nawet próba obrzucenia wampira błotem za to, że nazwał mnie po raz kolejny dzieciakiem. Pozwoliłem wyciągnąć się z pojazdu i z trudem zaakceptowałem fakt, że przerzucił mnie przez ramię jak worek ziemniaków, ignorując kompletnie to, że wciąż miałem nudności. Nie, raczej w ogóle tego nie zaakceptowałem. Miałem zamiar mu to wypomnieć. Za którymś razem, jeśli nadarzy się taka okazja.
    W mgnieniu oka znalazłem się na kanapie, w którą wcisnąłem się tak, jakby moje ciało było dosłownie z ołowiu. Wyciągnąłem rękę na oparcie, odchylając w tył głowę. Kiepsko radziłem sobie z łapaniem w płuca powietrza, zwłaszcza, kiedy wszystko tak cholernie mocno pachniało tu Evansem... ten zapach mnie wabił, chciałem go poczuć fizycznie, namacalnie, na swoim ciele. Słodko–gorzki, jakieś perfumy? Nie, zdecydowanie stanowiły najmniej wyczuwalny akcent. Owoc, truskawki, czułem to dobrze, to one tak słodko pachniały. I ta najmocniejsza woń, kawa zdecydowanie. Cholera, tak cudownie pachniał kawą, niemal czułem w ustach jej smak... ale, zaraz, stop, przecież ja nie cierpię kawy.
    Nie spuszczałem z niego wzroku. Dreszcz przeszył moje ciało na wskroś, kiedy wypowiedział moje imię w ten sposób. Nie jakiś szczególny. Po prostu. Po prostu mnie zawołał. Tylko on mógł mnie tak wołać, tak właśnie czułem, chciałem, żeby tylko on mnie tak wołał, teraz, bez przerwy. Wiedziałem, że zobaczy to w moich oczach, to pragnienie, którego nie potrafiłem powstrzymać, bo potrzebowałem jego bliskości, jego dotyku, potrzebowałem szczególnie jego ust, które stanowiły swoisty odpowiednik wody mogącej je ugasić.
    Oblizałem wargi, ostentacyjnie rozpinając zamek wysokich butów, aby zrzucić je ze stóp. Uderzyły głośno w ziemię obcasami, bowiem zrzuciłem je ze sporej wysokości, podnosząc nogę na wyciągnięcie ręki, zamiast się pochylić. Następnie wstałem, choć wciąż nie do końca wiem, jak to zrobiłem; przed chwilą nie potrafiłem nawet wstać, a teraz cudem ominąłem dzielący nas stolik, aby bez pozwolenia wejść na jego kolana i usiąść na nich okrakiem. Chwyciłem go chudymi palcami za kołnierz koszuli, nienagannie ułożony, a ja tak bezczelnie go zmiąłem. Nie odrywałem od niego zamglonego spojrzenia ani na sekundę, nawet gdy pochyliłem się nad jego uchem, aby prawie, prawie, ale jednak nie, musnąć je wilgotnymi wargami.
    — Sam — szepnąłem, pierwszy raz w życiu mówiąc i myśląc o nim po imieniu. — Sam... — powtórzyłem, przylegając do niego jeszcze bardziej niż się dało. — Powiedz to... powiedz moje imię, Sam...

    Sam.

    OdpowiedzUsuń
  19. Poczułem, jak powoli, ale bez żadnego elementu niepewności, przenosi dłonie z oparcia fotela na moje wąskie biodra. Nawet przez spodnie czułem, jak ciepłe były, choć to moje ciało promieniowało gorącem. Jego głos rozkosznie połechtał moje uszy, nakręcając mnie jeszcze bardziej. Niczego tak nie pragnąłem jak jego głosu. Kiedy wypowiedział moje imię, sapnąłem mu wprost do ucha, szarpiąc za ten zmięty już kołnierz koszuli. I wnet poczułem jego wargi na swojej bladej skórze. To wampiry były blade, ale ja zawsze biłem ich wszystkich na głowę. Ale to nie było istotne. Liczyło się tylko to, że pocałunek tych miękkich ust przeszył mnie na wskroś, paraliżując całe moje ciało. Powoli oblizałem spragnione wargi, wpatrując się w niego zamglonym spojrzeniem.
    Zaraz odchyliłem głowę do tyłu, wyciągając przed nim swoją nieskazitelnie jasną szyję. Całuj mnie, Evans, całuj mnie dalej i nigdy nie przestawaj, do jasnej cholery. Wplotłem wychudzone palce pomiędzy te jego pieprzone, słodkie loki, aby przypadkiem nie zechciał się ode mnie odsunąć, ale i tak to zrobił. Za każdym razem, gdy wymawiał moje imię, po prostu zamierałem, a moje ciało wbrew mnie czyniło wszystko, czego ten wampir zapragnął.
    Czułem jego spojrzenie na swoich rozchylonych wargach, które wkrótce odwzajemniłem, nie puszczając jego włosów ani na chwilę. I było to słuszne przeczucie, bowiem zaraz przyciągnąłem go tylko bliżej siebie, szarpiąc za nie mocno, zatracając się bez pamięci w jego miękkich, mokrych ustach, zatapiając się w nich, tonąc w nich. Byłem topielcem.
    — Sam... Sam, Sam — tchnąłem mu wprost do ust, nie potrafiąc zapanować ani nad drżeniem głosu, ani ciała. Pragnęło więcej, pragnęło go cholernie bardzo, tego pieprzonego wampira, który zdołał wyryć się w mojej pamięci bardzo mocno.
    Niekontrolowanie wciągnąłem brzuch, czując jego palce na swojej skórze. Zadrżałem jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe, jego dotyk wręcz parzył niczym tojad, a przecież był tak delikatny. Tak subtelny, a jednak sprawiał, że traciłem zmysły i zdrowy rozsądek. Jednocześnie byłem w pełni świadomy. I tak cholernie bardzo tego chciałem.
    — Sam... — szepnąłem i zanim delikatnie się odsunąłem, przesunąłem czubkiem języka po jego górnej wardze. Moje spojrzenie wyrażało tylko jego i wiedziałem, że on był tego świadom. I chciał tego samego.
    Bez najmniejszego zawahania pozwoliłem mu zdjąć ze mnie koszulę, obserwując, jak rozpina każdy guzik. Wyprostowałem się dumnie i drżałem widocznie, kiedy zsuwała się z moich ramion. Napawałem się tym, w jaki sposób na mnie patrzył, jak pożerał mnie wzrokiem, a ja pożerałem go jeszcze bardziej. Jego dłonie były tak ogromne na moim ciele, zupełnie niedopasowane, ale nie przeszkadzało mu to; wdzięczyłem się przed nim, przygryzając dolną wargę, starałem się sprawić wrażenie, że wcale nie drżałem z rozkoszy i podniecenia już tylko za sprawą jego spojrzenia, a co dopiero dotyku.
    Śmiało sięgnąłem dłońmi do guzików jego koszuli, zaczynając od góry, ostentacyjnie powoli odpiąłem pierwszy, patrząc mu przy tym w oczy. Każdy kolejny odpinałem szybciej i drapieżniej, bowiem coraz bardziej nakręcał mnie widok jego wyrzeźbionego torsu, aż w końcu pozbawiłem go koszuli całkowicie, rzucając ją na podłogę do towarzystwa mojej białej.
    Przylgnąłem do niego kroczem, bezczelnie napierając na niego raz za razem biodrami. Nie byłem w stanie nad tym zapanować. Pragnąłem go w całości, ośmieliłem się uczepić dłonią jego karku, delikatnie wbijając paznokcie w jego skórę. Pocałowałem go mocno, jeszcze mocniej niż poprzednio, bez pozwolenia wciskając spragniony język w jego usta.
    — Sam... — tchnąłem pomiędzy pocałunkami. — Sam, powiedz mi, czego pragniesz... — mój oddech był nierówny, nie potrafiłem go złapać, nie tylko dlatego, że tak namiętnie się z nim obściskiwałem. — Powiedz mi... dam ci wszystko, czego sobie zażyczysz...

    I'd die to be what you want

    OdpowiedzUsuń

  20. Dłonie Evansa na moich pośladkach były wszystkim, czego potrzebowałem. Cóż, przynajmniej w tamtej sekundzie. W następnej pragnąłem już zdecydowanie więcej, a to, że trzymał mnie w ten sposób, zupełnie nie wystarczało. Niemniej jednak już wtedy poczułem, że pasowałem do niego idealnie. Moje drobne pośladki idealnie leżały w jego dużych dłoniach, nic więc dziwnego, że podniósł mnie z taką łatwością. Objąłem go natychmiast, po drodze napastując jego szyję pocałunkami, próbując zostawić na niej ślad, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Mimo wszystko, próbowałem. Próbowałem i miałam zamiar próbować, do utraty tchu. Wiedziałem, że ten cudowny zapach kawy, której nienawidziłem, już zdołał mnie uzależnić i otruć. Był pierdoloną używką, która domagała się więcej, a jednocześnie niszczyła od środka. Byłem niszczony, ale nie fizycznie. Tyle, że jeszcze o tym nie wiedziałem.
    Uderzyłem plecami w łóżko, obserwując, jak obnaża się przede mną. On. Mój narkotyk. Powinienem zrobić to samo dla niego, w końcu, podobno, wspaniale mi to wychodziło, jednak zdecydowanie wolałem zostać sponiewierany i siłą rozebrany przez te silne ręce.
    — Nie jestem tak śmiały — wyszeptałem, oblizując wargi. Moje ciało było tak gorące, że prędko wysychały, choć bez przerwy nimi operowałem.
    Nie miałem zamiaru myśleć o kimkolwiek. Nikt inny nie gościł w moim umyśle. Zazwyczaj, kiedy z kimś się pieprzyłem, myślałem o Charliem, ale nie... nie teraz. Teraz był tylko on. Evans. Evans, którego nieskromnie zacząłem nazywać moim, kiedy wymawiał moje imię i patrzył na mnie w ten sposób.
    Nie żałowałem tych bokserek ani tego, że przez to, w jak agresywny sposób je ze mnie zerwał, boleśnie podrapał mnie paznokciami. Nie dość, że nie miałem mu tego za złe, to nakręciło mnie to jeszcze bardziej. Czułem ból i pieczenie, które uświadamiały mi o tym, że byłem tam, prawdziwie, a to nie był tylko sen. Evans był tu, ze mną, mieliśmy zamiar się pieprzyć. Całą noc. Dopóki nie sczeznę ze zmęczenia. Dopóki mnie to nie wykończy. Albo nie zabije.
    Jęknąłem głośno, kiedy mnie dotknął. To był mój pierwszy bezwstydny dźwięk tego wieczoru. Zamierzałem pokazać mu ich więcej. Całą gamę.
    Objąłem go nogami w pasie, przyciągając się samodzielnie do niego, a na mojej twarzy pojawił się szelmowski uśmiech. Nigdy się nie uśmiechałem, ale ten jedyny raz mogłem, zwłaszcza, że nie był to nawet mój prawdziwy uśmiech. To był wyraz twarzy, który dla Evansa miał stanowić wyzwanie. Przygryzłem nawet dolną wargę, chcąc wyglądać najbardziej wyzywająco, jak tylko potrafiłem. Wyciągnąłem przed nim swoje ciało w pełnej okazałości, mocno obejmując go nogami, a do tego palcami o stóp bezczelnie chwyciłem gumkę jego bokserek, ciągnąć je delikatnie.
    — Czego ja pragnę? — Po raz kolejny lubieżnie oblizałem wargi, patrząc mu prosto w oczy. — Weź mnie. Nie bądź taki miękki — zakpiłem sobie z niego, wciąż prezentując mu ten złośliwy uśmiech. — Na pewno stać cię na więcej. No dalej, weź mnie, Evans — niemal warknąłem, pozostając w brutalnym oczekiwaniu na jego następny krok.

    just take him down

    OdpowiedzUsuń
  21. Wstrzymałem oddech, kiedy znalazł się nade mną. Łóżko zapadło się pod ciężarem jego ciała, kiedy oparł się o rękach zaraz nade mną. Padł na mnie jego cień, który sprawił, że zadrżałem jeszcze mocniej. O ile to było w ogóle możliwe.
    Jego śmiech nie spodobał mi się ani trochę. Ponieważ nie zwiastował niczego dobrego dla mnie. Zatrząsłem się, kiedy położył ręce na moich biodrach. Jedno zapiekło mnie szczególnie, bowiem tam właśnie delikatnie mnie podrapał, a rana nie goiła się przez ten cholerny tojad, który mi podano. Pozwoliłem obrócić się bez trudu, w końcu także mi na tym zależało. Wdzięcznie podciągnąłem pod siebie kolana, aby wypiąć się do niego, wyginając plecy w koci grzbiet. Mój kręgosłup doskonale odznaczał się na bladej skórze, tak jak pozostałe kości.
    Już miałem ochotę zadrwić, kiedy uderzył mnie w tak delikatny sposób, o czym świadczył mój złośliwy uśmiech, jednak wówczas chwycił moje dłonie, wykręcając je za plecy. Całkowicie wcisnąłem się twarzą oraz torsem w pościel. Nie spodziewałem się tego.
    Sapnąłem głośno dopiero przy trzecim klapsie. Uwielbiałem je. Jedyny ból, który świadomie akceptowałem i uwielbiałem, byłem w stanie o niego prosić. To też czyniłem.
    — Jeszcze — sapnąłem głośno, żałośnie i błagalnie. Nie było mi tego wstyd. Nie teraz.
    Lada moment krzyknąłem cicho, wyginając się przed nim jeszcze bardziej. Im mocniej mnie bił, tym bardziej go chciałem. Chciałem więcej, jeszcze i jeszcze, bez końca, chciałem, by nieustannie karmił mnie tymi uderzeniami. Byłem prawie pewny, że będę w stanie dojść tylko od nich, tak ogromne gorąco rozrywało mi podbrzusze. Przed każdym klapsem czułem coraz większą ekscytację, zamykałem oczy, tylko czekając zniecierpliwiony na to uderzenie, mając nadzieję, że będzie jeszcze silniejsze, choć równie mocno się ich bałem. A z każdym uderzeniem moja skóra była bardziej wrażliwa, bardziej obolała, bardziej czerwona. Zastanawiałem się, czy jemu podobało się równie mocno.
    Chciałem prosić o więcej, jednak wtedy poczułem go między swoimi pośladkami. Zamarłem cały, wręcz wstrzymałem przyspieszony, nierówny oddech, czując, jak ogromny był. Nie musiałem go widzieć, aby się o tym przekonać. Jeszcze nigdy nie czułem czegoś takiego. Pierwszy raz naprawdę się bałem.
    Zabrakło mu głosu w gardle, nie byłem w stanie w żaden sposób odpowiedzieć na jego pytanie. Jęknąłem głośno, gdy złapał mnie za włosy. Gdyby tylko pociągnął mnie nieco mocniej, z pewnością skręciłby mi kark. Musiałem podnieść się na rękach, które były tak cholernie słabe, że z trudem utrzymywały ciężar mojego ciała.
    Pragnąłem powiedzieć, żeby wziął mnie już, teraz, natychmiast, nie potrzebowałem żadnego przygotowania, potrzebowałem po prostu jego, nic więcej. Nawet nie wiedziałem, kiedy zniknął z łóżka, ale na kilka sekund poczułem, że łóżko odkształciło się bez jego ciężaru. Naprawdę potrzebowałem tak niewiele do spełnienia, cały się trząsłem, jednak nie śmiałem się dotknąć. Chciałem dojść dzięki niemu.
    — Sam... — szepnąłem błagalnie, choć nie wiedziałem nawet, o co tak naprawdę proszę.
    Po rak kolejny wypuściłem z gardła bezwstydny jęk. Lubrykant, w przeciwieństwie do mojego ciała, był zimny, przez co jeszcze bardziej zadrżałem. Wypiąłem się bardziej, wypychając biodra w jego stronę, chcąc jak najbardziej ułatwić mu zadanie, chcąc zaczerpnąć z tego jak najwięcej rozkoszy. Byłem rasowym kochankiem. Samuel Evans nie mógł temu zaprzeczyć.

    it's always affection

    OdpowiedzUsuń

  22. Utrzymywałem się w tej pozycji bez większego trudu, choć przyjemność, jaką mnie napawał, wyjątkowo mi to utrudniała. Czułem w sobie jego długie palce, które niemal doprowadzały mnie na skraj, ale wciąż było mi mało, zdecydowanie za mało, potrzebowałem więcej, więcej Samuela Evansa, zdecydowanie więcej, on dobrze o tym wiedział i także chciał mieć więcej mnie. Mogłem być jego własnością. Na tę jedną noc, tak jak sobie tego życzył. "Chcę ciebie. Niczego więcej. Pragnę tylko ciebie..." Pamiętał doskonale twoje słowa, Evans. Nigdy nie będzie dane mi ich zapomnieć.
    Jęknąłem głośno, wciskając twarz w pościel. Tłumiłem w tej sposób własny głos, ale działało to też na moją korzyść; od łóżka bił zapach Evansa, ta pieprzona kawa, która przechodziła także na moje ciało. Ciało spocone z rozkoszy, drżące z rozkoszy, z rozkoszy niemożliwe do opanowania. Wszystko działo się wbrew mojej woli, choć przecież byłem w pełni świadomy... ale jednak potrzeba Evansa przyćmiewała mi zmysły.
    — Chcę ciebie — wydusiłem błagalnie, cytując jego słowa. I chociaż przygotowywał mnie poprawie i metodycznie, trzy palce i tak stanowiły dla mnie spore wyzwanie. Nie śmiałem nawet pomyśleć o tym, co czekało mnie lada moment. — Niczego więcej. Pragnę tylko ciebie...
    Kiedy zabrakło mi jego palców, wiedziałem, że to już ten moment. Czekałem na niego cierpliwie, choć już wręcz ociekałem ze zniecierpliwienia. Sekundy wydawały mi się wówczas długimi minutami, dopóki nie naparł na mnie, a ja dopiero wówczas zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo się boję. Nigdy tak mocno się nie bałem.
    Zajęczałem przeciągle, kiedy się we mnie wciskał, dłonią zasłaniając usta. Wiedziałem, że pościel mi nie wystarczy. Nie mogłem utrzymać się na rękach, które zbyt bardzo się trzęsły, dlatego pozostałem w pozycji, gdzie torsem wciąż leżałem, choć jednocześnie cholernie mocno wypychałem biodra w stronę Evansa.
    Nie wiedziałem, jak głośno krzyknąłem, ale nie miałem wątpliwości, że krzyknąłem głośno na pewno. Czułem go dokładnie każdym centymetrem swojego ciała, czułem jego temperaturę, czułem jak pulsował we mnie i jak ogromny był. Czułem to wszystko, a wraz z tym czułem też okropny ból. Prawdopodobnie z jego powodu przegapiłem moment, w którym zacząłem wgryzać się we własną dłoń, a dokładnie w mięśnie kciuka, chcąc chociaż minimalnie go załagodzić. Nie dało się.
    Przynajmniej zdołałem stłumić krzyk, który towarzyszył mi przy kolejnym pchnięciu. Ból nie ustępował rozkoszy, która chciała zapanować nad moim ciałem, jednak wiedziałem, że lada moment na pewno wygra. Zawsze wygrywała.
    Wygrała zjawiskowo, już po kilku pchnięciach wampira wewnątrz mojego ciała. Doszedłem dokładnie w momencie, w którym obejmował mnie w pasie, znacząc czarną pościel mętnym nasieniem, a całe pomieszczenie naznaczając swoim krzykiem, który ubrałem w jego imię. Sam. Podejrzewałem, że nie przestanie się poruszać, jednak nie przeszkadzało mi to. Wiedziałem, że także chciał osiągnąć spełnienie, a jego ruchy tylko budziły we mnie podniecenie na nowo, bardzo szybko, doszczętnie zabarwione rozkoszą nokautującą wszelki ból, który jednak wciąż gdzieś mi towarzyszył. Niemniej jednak nie potrafiłem opisać słowami tego, co czułem, ale łzy na moich policzkach powinny być dostatecznym tego dowodem.

    w i l l i n g l y

    OdpowiedzUsuń
  23. Wciskałem twarz w pościel, która w całości pachniała Evansem. Stanowiła bezdenne jego źródło, a zapach ten przechodził na moje ciało, będąc jednocześnie cholernie silnym afrodyzjakiem. Im silniej go czułem, tym bardziej pragnąłem jego właściciela. Nawet ta kawa, której tak nienawidziłem, pachniała tak rozkosznie.
    Rozkosz spełnienia zalewała całe moje ciało, rozpalając mnie jeszcze większym gorącem, jednak nie dane było mi skupić się na niej; wampir odważnie pieprzył mnie dalej, chcąc zapewnić przyjemność i sobie. Nie mogłem ukryć, jak wyjątkowo bardzo podobało mi się to, jak mocno mnie pieprzył. Właśnie to najbardziej uwielbiałem, choć nie potrafiłem się do tego przyznać. Jednakże moje ciało bezczelnie to zdradzało; niekontrolowane dźwięki uciekały z moich ust z każdym jego pchnięciem, czasem nawet za nimi nie nadążałem, tak mocno pchał we mnie. Nie potrafiłem utrzymać się w tej pozycji na łóżku, moje ciało trzęsło się i biło gorącem, a ja znów dochodziłem, chociaż przecież dokładnie przed chwilą również to zrobiłem.
    Nie miałem pojęcia, w jaki sposób tak szybko doprowadził mnie po raz drugi na szczyt, jednak podejrzewałem, że to dlatego, że o to poprosił. Poprosił, bym osiągnął spełnienie razem z nim, czego nikt do tej pory nie uczynił. Nikt nigdy nie przejmował się moim bólem ani moją rozkoszą. Mogłem zadbać o nie jedynie sam, podczas gdy teraz Evans dbał także o mnie.
    Doszedłem kilka chwil po nim, a moim punktem kulminacyjnym nie były jego silne i szybkie ruchy, a jego gorące nasienie, które mnie wypełniło. Wiedziałem, że rano go za to zabiję, jednak teraz cieszyłem się tym uczuciem wypełnienia, nawet kiedy ze mnie wyszedł.
    Opadłem wówczas na łóżko całkowicie, okropnie zmęczony, chociaż dopiero zaczęliśmy. Wiedziałem, że lada moment wróci mi wigor, kiedy tylko otrząsnę się z niesamowitego orgazmu, który mi zapewnił. Evans był niesamowity. Cały. W każdym, nawet najmniejszym stopniu.
    Położyłem się powoli na boku. Moje spocone ciało wciąż drżało z rozkoszy, a rozmyty wzrok szukał Evansa, nie mogąc skupić się na dłużej na jego twarzy. Oddychałem nierówno; miałem z tym małe problemy. Pośladki piekły mnie niemiłosiernie, nie mówiąc już o samym miejscu zbrodni, które pulsowało bólem i gorącem. Ból ten jednak był niczym przy rozkoszy, którą przeżywałem.
    Na ziemię sprowadziły mnie jego usta, w których zniknął mój delikatnie krwawiący kciuk. Rozwarłem oczy niemalże natychmiast, pragnąc odsunąć od niego rękę, jednakże nie poczułem kłów, które tak mnie przerażały. Odetchnąłem, pozwalając mu posmakować swojej krwi. Wiedziałem, że to mógł być cholerny błąd z mojej strony. Nie pozwalałem na to nikomu.
    — Smakuje ci? — Wyszeptałem, patrząc mu prosto w oczy. Widziałem, że tak, jednak chciałem, by to powiedział. — Sam... — sapnąłem, kiedy pocałunkiem zabrał mi oddech.
    Przylgnąłem do niego całym ciałem, wpijając się w jego usta. Może i byłem mały i uległy, ale nie miałem zamiaru przegrać walki języków, która toczyła się w naszych ustach. Wplotłem palce w jego włosy, mocno za nie ciągnąc, nieśmiało twierdząc, że wygrywałem. Ponownie czułem to cholernie silne podniecenie, a na myśl o rozkoszy, która jeszcze przed chwilą mi towarzyszyła, przestawałem racjonalnie myśleć. I działać.
    Trzymając wampira w ten sposób za włosy, przełożyłem nogę przez jego ciało, zaraz siadając na jego brzuchu okrakiem. Sapnąłem głośno, patrząc na niego z góry. Cholera, tak bardzo to uwielbiałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Teraz moja kolej — lubieżnie oblizałem wargi, wciąż czując na nich smak ust Evansa. Marzyłem, by nieprędko zniknął.
      Przesunąłem się nieco w tył, czując pod pośladkami jego członka w pełnej gotowości. Tego właśnie oczekiwałem. Podniosłem się nieco, aby być w stanie nakierować go na swoje wejście. Nigdy nie było to dla mnie tak trudne, jak teraz, pewnie dlatego, że Evans był tak cholernie wielki. Na całe szczęście wciąż byłem śliski i dobrze nawilżony, a sperma wewnątrz mnie działała jeszcze lepiej niż lubrykant.
      — Ah, Sam... — przeciągle wyjęczałem jego imię, czując, jak powoli we mnie znika, aż wreszcie usiadłem na nim całkowicie.
      Nie spodziewałem się, że będzie to aż tak trudne. Cały trząsłem się jak osika, z trudem utrzymując na nim. Trzymałem drżące ręce na jego torsie, choć najchętniej położyłbym się na nim. Nie byłem w stanie się ruszyć, mając Evansa w sobie. Czułem go doskonale każdym centymetrem swojego ciała, tak cholernie głęboko, jak jeszcze nigdy. Właśnie to mnie paraliżowało. Chciałem poczuć go jeszcze mocniej, jeszcze głębiej. Chciałem, by doprowadził mnie na skraj świadomości.
      — Kurwa... Sam! — Jęknąłem błagalnie, a na policzkach już miałem łzy. Powoli poruszyłem biodrami, sprawiając, że nieco się ze mnie wysunął, aby zaraz docisnąć się do jego ciała ponownie z jeszcze głośniejszym jękiem.

      kurwa :<

      Usuń

  24. Pierwszy raz w całym swoim życiu nie byłem pewien, czy będę potrafił to wytrzymać. Już od samego początku nie wytrzymywałem. Czułem, jakby Evans rozrywał mnie od środka swoim rozmiarem i roztapiał swoim gorącem. Brutalnie roztapiał moje ciało, topiłem się w jego objęciach, stapialiśmy się razem w jedno. Czułem go w sobie tak cholernie głęboko, jak jeszcze nigdy. Nikogo nigdy nie wpuściłem tak daleko. Nikt nigdy nie dotarł tak głęboko. To było cudowne uczucie. Evans wypełniał mnie po brzegi. Samuel Evans.
    Starałem się przyzwyczaić do jego wielkości, ale nie było to wcale takie łatwe. Nie musiałem się nawet na nim poruszać, aby nieustannie obdarzać jego uszy cichymi jękami oraz westchnieniami. Musiałem zacisnąć na coś palce, aby móc przezwyciężyć to uczucie; padło na jego tors, który nieprzyjemnie naznaczyłem paznokciami, ale mało mnie to obchodziło. Powoli poruszałem biodrami, mając pełną kontrolę nad tym, jak głęboko we mnie wchodził. Stopniowo traciłem przez to zmysły, nie odbierałem bodźców poprawie, obawiałem się, że zaraz oszaleję. Tak też właśnie się stało, kiedy chwycił moje ręce, całkowicie przejmując kontrolę nad sytuacją. Tego właśnie najbardziej się obawiałem. Bałem się tego, bo wiedziałem, że całkiem odejdę od zmysłów.
    Wcisnąłem się w jego tors, ledwo dosięgając jego ust. Przeklinałem cały świat i samego siebie za to, że byłem tak cholernie mały, tak drobny, tak niski. Mogłem być jedynie wdzięczny za giętkość własnego ciała, bez której nie byłbym w stanie dopaść tych pocałunków. Choć ja i Evans byliśmy tak niekompatybilni dla siebie nawzajem, to byliśmy idealnie idealni. Nikt nie pasował do mojego ciała tak doskonale, jak on, choć mogło się to wydawać skrajną abstrakcją. Pasował idealnie do mnie. Żaden z nas nie mógł temu zaprzeczyć.
    W pewnym momencie nie wiedziałem już, co się działo. Czułem jego miękkie wargi na swoim ciele, pragnąłem, by zostawił po sobie jakiś ślad, jak najwięcej, abym nigdy o nim nie zapomniał. Czułem jego duże dłonie na swoim ciele, wszędzie gdzie tylko się dało, wciąż i wciąż. I czułem go także w sobie, co doprowadziło mnie do kolejnego spełnienia. Nie byłem pewien, do którego z kolei; nie miałem takiego luksusu liczyć. Skupiałem się tylko na tym, by było ich więcej i więcej, a były tak cudowne, że zapominałem na dłuższą chwilę, gdzie jestem i jak się nazywam. Wiedziałem jedynie, że pieprzę się właśnie z Samuelem Evansem. I pragnąłem to robić. Aż do bladego świtu.
    I choć to moje ciało, rozgorączkowane i osłabione tojadem, było wręcz wykończone po wspólnych igraszkach, nie miałem zamiaru przestać. Nie tak szybko. Im więcej rozkoszy doznawałem, tym dotkliwiej ją odczuwałem, tak właśnie działały środki odurzające, które mi podano. Nic więc dziwnego, że pragnąłem jeszcze więcej, niż planował mi dać Evans, ale wcale nie musiałem go do tego zmuszać... wystarczyło tylko delikatnie go do tego zachęcić.
    Nie wiedziałem, jak długo się pieprzyliśmy ani ile razy wspólnie dobrnęliśmy na szczyt. Wiedziałem jednak, że ta noc zapadnie w mojej pamięci na długo, o ile nie na zawsze, a w pamięci tego wampira na jeszcze dłużej. Dopilnowałem tego.
    Przegapiłem moment, w którym się zatrzymaliśmy, w którym przestaliśmy, prawdopodobnie ze względu na mnie, bo chociaż chciałem to kontynuować, moje ciało nie było w stanie. Odmówiło posłuszeństwa. Leżałem w jego przesiąkniętym naszymi zapachami łóżku, w jego wciąż tak samo ciepłych ramionach, u jego boku, wypełniony nim po brzegi. Nie potrzebowałem już niczego więcej. Tylko odrobiny snu, który przyszedł zaskakująco szybko.

    goodnight

    OdpowiedzUsuń
  25. Czułem pod sobą miękkie, wygodne łóżko. Czułem przy sobie ciepły tors, który mnie ogrzewał, i równie ciepłe ramiona, które obejmowały mnie, dając mi bezgraniczne poczucie bezpieczeństwa. Czułem delikatne promienie słońca na swojej bladej, piegowatej twarzy, zaczynały powoli drażnić moje zaspane oczy. Czułem się zaskakująco dobrze.
    I sam nie wiem dlaczego, ale byłem przekonany, że leżę u boku Charliego, tak jakby nikt nigdy się nie stało. Sennie musnąłem palcami jego delikatnie kręcone blond włosy, co tylko zapewniało mnie, że to na pewno musi być on. Dopiero wówczas w moje nozdrza uderzył znienawidzony przeze mnie zapach kawy, którą pachniał on cały, tak jak i całe to łóżko oraz cały pokój. Nie musiałem rozpoznać woni wampira. Wystarczyła mi ta kawa. Wtedy już wiedziałem. Samuel Evans.
    Powoli wysunąłem się z jego ramion, nie chcąc go obudzić. Wiedziałem, że wampiry nie muszą spać, dlatego byłem zdziwiony, że Evans to robił. I spał jak zabity, co całkiem mnie bawiło. Stanąwszy na nogach, nieco zakręciło mi się w głowie. Działanie środków odurzających minęło całkowicie, jednak czułem, że tojad wciąż trochę mnie osłabiał. Spałem za krótko, żeby pozbyć się go w całości. Tak właściwie to nawet nie wiedziałem, ile spałem, ale średnio mnie to obchodziło.
    Czułem się cholernie brudny, moje ciało było ospałe, do tego wciąż czułem go w sobie niemal tak idealnie, jak w nocy. Przekląłem głośno, patrząc na jego śpiące oblicze. Miałem ochotę rozszarpać go tu i teraz gołymi rękami. Na czarnej pościeli nie byłoby widać plam z krwi.
    Zniknąłem w jego łazience, aby wziąć prysznic. Potrzebowałem zmyć z siebie jak najprędzej i jak najdokładniej ślady wspólnej nocy, co nie do końca było możliwe. O ile mogłem zmyć z ciała pot i spermę, tak mentalne piętno odczuwałem bardzo dotkliwie. Na całe szczęście nie czułem już fizycznego bólu, który doskonale zapamiętałem. Podejrzewałem, że gdybym nie był wilkołakiem, z pewnością nie przeżyłbym wspólnej nocy z tym wampirem w jednym łóżku. To było cholernie trudne nawet będąc wilkiem. Nie mogłem jednak zaprzeczyć, że była to zdecydowanie jedna z lepszych nocy w moim życiu. Nie mogłem również zaprzeczyć, że nigdy nie pomyślałbym, że wyląduje w łóżku właśnie z nim. Nie planowałem nigdy więcej postawić nogi pod jego dachem, jednak los bywał przewrotny.
    Z mich bokserek zostały jedynie strzępki. Musiałem poradzić sobie jakoś bez nich, co wcale nie było takie trudne. Wciąż miałem spodnie, a koszulę odnalazłem w salonie. Tym razem nie zapiąłem jej krzywo. Przez chwilę zastanawiałem się, kiedy Evans zamierzał się obudzić, jednak wkrótce przestałem nad tym rozmyślać i po prostu zająłem się sprzątaniem bałaganu, który po sobie zostawiliśmy. Przewiesiłem jego czarną koszulę przez oparcie jednego z foteli. Z zadowoleniem zdołałem zauważyć, że niespecjalnie oderwałem od niej w nocy jeden z guzików, który wkrótce znalazłem. Nawet ten guzik pachniał kawą. Wcisnąłem go do kieszeni własnej koszuli przy piersi. Dlaczego to zrobiłem?
    Nie zdziwiło mnie, że lodówka Evansa świeciła pustkami. W końcu był wampirem. Nie potrzebował jeść, ale ja tak, i właśnie czułem, jak żołądek przewraca mi się z głodu. Było tam tylko mleko, które i tak wyciągnąłem, ponieważ, o ile dobrze pamiętałem, pijał kawę z mlekiem właśnie. Doskonale pamiętałem jej zapach i gdybym musiał wybierać spośród wielu, na pewno bym ją rozpoznał. Na całe szczęście nie musiałem, gorzej, że ledwo dosięgnąłem do szafki, w której trzymał kawę i herbatę właśnie. Tanie liście nie należały do najlepszych, jednak będąc tak głodnym, nie mogłem narzekać.
    Po zaparzeniu obu napoi po prostu czekałem. Nie miałem zamiaru iść i go budzić, nie chciałem też wychodzić bez słowa.
    Sam nie wiedziałem, dlaczego, ale po prostu nie chciałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypiłem trochę herbaty i znalazłem w kieszeni marynarki prawie pustą paczkę fajek, które codziennie wypalałem. Nie byłem pewien, czy to dobry pomysł palić pod jego dachem, ale nie zastanawiałem się nad tym jakoś specjalnie długo, a raczej wcale. Chciałem zapalić. Musiałem się uspokoić, choć nawet nie wiedziałem, czym się tak denerwowałem.
      A potem dojrzałem fortepian po drugiej stronie pokoju. Z papierosem w ustach zająłem przy nim miejsce, aby odkryć klawiaturę. Niezmiernie ciekawiło mnie, czy Evans potrafił na nim grać, ale skoro tu stał, to raczej nie dla ozdoby. Wystukałem kilka melodii, nim zdecydowałem się zacząć grać jedną.

      Remember the day we met
      It's painful for me
      I could see your face
      I could hear your voice

      Usuń

  26. Nigdy nie wiedziałem, skąd znałem tę melodię. Podejrzewałem, że skomponowałem ją samodzielnie dawno temu, jednak nie potrafiłem dokładnie określić, kiedy. Jedyne, czego byłem pewien, to to, że Charlie zawsze ją lubił. Grałem mu ją przy śniadaniu i zaraz przed snem, na dobranoc, uspokajała nas oboje...
    Palce niemal ześlizgnęły mi się z klawiatury, kiedy usłyszałem Evansa. Przegapiłem moment, w którym zszedł na dół. Miałem być czujny, a kompletnie pogrążyłem się we własnych myślach i skupiłem na grze. Zdałem sobie sprawę z jego obecności dopiero wtedy, kiedy podszedł bliżej, jednak próbowałem nie dać po sobie poznać, że mnie zaskoczył. Przymknąłem oczy, by w spokoju dokończyć utwór, a następnie papierosa, z którego popiół strzepałem do filiżanki po herbacie. Wciąż trochę jej zostało, ale nie miałem już zamiaru jej pić.
    Nie do końca chętnie przeniosłem wzrok na Evansa. Przesunąłem czarnym spojrzeniem z jego dresów, na które najpierw się natknąłem, poprzez jego umięśniony tors, aż wreszcie zatrzymałem go na twarzy. Pamiętałem ją już doskonale, jednak i tak, wciąż i wciąż, analizowałem ją dokładnie, nie chcąc przegapić żadnego szczegółu. Starałem się dojść do właściwej konkluzji, dlaczego ten wampir tak bardzo przypominał mi Charliego, chociaż wcale nie byli podobni do siebie. Byli zupełnie inni. We wszystkim. Łączyły ich tylko te pieprzone, przeszywające oczy. I dziwny uścisk w żołądku, który towarzyszył mi za każdym razem, kiedy na niego patrzyłem. Dokładnie tak, jak wtedy, gdy patrzyłem na Charliego.
    — Nie wiem — odparłem całkowicie szczerze, wypuszczając z ust dym, spokojnym głosem, nieco zachrypniętym. Musiałem odchrząknąć, po czym zgasiłem papierosa w filiżance.
    Chwyciłem ją od góry, tak jak zawsze to czyniłem, i powoli wstałem z siedzenia, przemierzając salon w kierunku kuchni. Mijając Evansa, dreszcz przebiegł mi po plecach. Naprawdę szczerze nienawidziłem mijać tak wysokich ludzi.
    Opróżniłem prędko filiżankę i umyłem ją, zanim odstawiłem na miejsce. Nieporządek w tym budynku doprowadzał mnie do szaleństwa, ale wiedziałem, że nie zostanę tutaj długo. Byłam w stanie to wytrzymać.
    Obdarzyłem Evansa dość nieprzyjemnym spojrzeniem, krzyżując ręce na piersi.
    — Nikt nie nauczył cię używać prezerwatyw? — Zapytałem chłodno. Nie mogłam powstrzymać się przed poruszeniem tego tematu.
    Miałem nadzieję, że wampir prędko połapie się w fakcie, dlaczego wciąż tutaj byłem. Naprawdę umierałem z głodu, a w pamięci miałem wciąż miałem jego jajecznicę z tostami. Należało również podkreślić, że nie potrafiłem gotować w żadnym, nawet najmniejszym stopniu. Nie miałem zamiaru upominać się o śniadanie, jednak mój brzuch zrobił to za mnie. Zacisnąłem palce na brzuchu, w nadziei, że Samuel wcale tego nie usłyszał, choć usłyszał to na pewno, w końcu był pieprzonym wampirem z pieprzonym zmysłem słuchu.
    Obserwował go uważnie, nie chcąc spuszczać go z wzroku ani na sekundę. Kilka razy przyłapałem się na tym, że gapiłem się przed dłuższą chwilę na jego usta... cholera.

    powstrzymaj mnie zanim Levi go pocałuje XD

    OdpowiedzUsuń
  27. Zdołałem zauważyć ruch. Tylko ruch. W następnej sekundzie już padł na mnie jego cień, który sprawił, że niesamowite ciarki przeszyły całe moje ciało, wręcz raniąc moje plecy. Garbiłem się, byłem jeszcze niższy, niż zazwyczaj, a on wciąż tak kurewsko wysoki, nawet kiedy się pochylił. Zmusił mnie do zadarcia głowy w górę, cholernie mocno, inaczej nie byłbym w stanie spojrzeć mu w oczy z tej pozycji. Nie byłem w stanie patrzeć mu w oczy. Przeszywały mnie zbyt mocno, czułem i obawiałem się, że potrafił wyczytać ze mnie wszystko, tylko za sprawą tych jadowicie zielonych oczu.
    Drżałem, jednak wciąż starałem się zachować twarz. Warknąłem na niego gardłowo, nie wypowiadając żadnego słowa, a była to charakterystyczna dla wilków reakcja, którą nie do końca kontrolowałem. Jego dotyk mnie parzył. Parzył moją skórę zupełnie niczym tojad, lecz jednocześnie nie potrafiłem mu odmówić. Hipnotyzował mnie. A jego słowa sprawiły, że w mojej głowie zaczęły pojawiać się obrazy, które nie do końca pamiętałem zaraz po przebudzeniu. Ta noc.
    Znów poczułem to przeszywające całe ciało uczucie, to uczucie, kiedy był we mnie, tak głęboko, on właśnie. Pamiętałem doskonale ten ogromny ból, który rozrywał mnie od środka. Pragnąłem poczuć go znowu, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Już prawie nie pamiętałem, jakie to było uczucie, budzić się po nocy pełnej uniesień i nie móc wstać z łóżka z powodu właśnie tego bólu... tęskniłem za tym uczuciem. Chciałem tego doświadczyć w towarzystwie Samuela, za jego sprawą. Ta noc była niezwykłą dla mnie, idealną tak jak żadna inna. Dawno nie czułem się tak dobrze i nie działo się tak tylko z powodu środków odurzających. Ale nie potrafiłem się do tego przyznać.
    Jego oddech zaraz koło mojego ucha sprawił, że nie powstrzymałem cichego sapnięcia. Wyrwało się z moich ust zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować. Pieprzony Evans. Evans. Samuel Evans. Sam.
    Wciąż czułem w sobie pozostałości jego spermy, której nie zdołałem z siebie wyciągnąć. Seks bez zabezpieczeń był fajny, ale do czasu. Na pewno do czasu, kiedy śmiał o tym wspominać, bezczelnie twierdząc, że podobało mi się to. Nie mylił się. I to właśnie sprawiało, że pragnąłem go zamordować, udusić, rozszarpać, tu i teraz, gołymi rękoma.
    Nawet nie zauważyłem, kiedy moja dłoń drgnęła i uniosła się z zamiarem spoliczkowania wampira, jednak zamarła w połowie drogi do jego twarzy. Cały znieruchomiałem, niemalże już czując jego wargi na swoich delikatnie rozchylonych z szoku ustach. Ale wciąż brakowało tych paru milimetrów. Pocałuj mnie, Sam, błagałem w myślach, dopóki brutalnie nie sprowadził mnie na ziemię, odsuwając się.
    — Sukinsyn — warknąłem pod nosem, patrząc na niego wściekle. Owijał mnie sobie wokół palca, a ja nie potrafiłem zareagować W żaden sposób. Przerażało mnie to.
    Uciekłem od niego prędko, wdrapując się na to cholernie wysokie krzesło. Podejrzewałem, że była to swojego rodzaju kara od Boga za to, że w niego nie wierzyłem. I teraz musiałem się męczyć z tymi stołkami.
    Nie bardzo wiedziałem, co Evans miał zamiar przygotować, jednak mało mnie to obchodziło. Byłem po prostu głodny i pragnąłem zapełnić żołądek, a moje myśli nieustannie krążyły tylko i wyłącznie wokół jego ust oraz tego, co zaszło między nami w nocy. Z powodu tych gorączkowych myśli przegapiłem moment, w którym położył przede mną herbatę i naleśniki. Przeklinałem siebie za to, że wpadałem w zamyślenie będąc w czyimś towarzystwie. To nie mogło się skończyć dla mnie dobrze.
    Nie odpowiedziałem na jego pytanie, a po prostu zabrałem się za jedzenie. Byłem kurewsko głodny, nie jadłem tak dawno. A już na pewno nie naleśników. Nie z czekoladą. Evans musiał mi to wybaczyć.

    wygłodniałe kociątko

    OdpowiedzUsuń
  28. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  29. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej nie pojmowałem tego, co tak właściwie tu robiłem. Dlaczego tak właściwie wciąż tu siedziałem, na tym zjebanym, wysokim krześle, w domu Evansa, w jego towarzystwie. Nawet nie chodziło już o samego Evansa i jego obecność. Nigdy nie zdarzyło mi się zostać i spędzić poranka z osobą, z którą uprawiałem w nocy seks. Nigdy. Wyjątkiem był tylko Charlie. A to nie skończyło się dobrze. Bałem się konsekwencji mojej decyzji, jaką było zostanie z nim. Wiedziałem, że nie będę w stanie ich ponieść.
    Wciskałem w siebie te naleśniki zupełnie jakby były niczym. Nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, jak głodny byłem, wiedziałem, że zapewniam Evansowi tym widokiem świetną zabawę, ale nic nie mogłem na to poradzić. Miałem okazję najeść się i to za darmo, a jakby tego było mało, te naleśniki nie były wcale takie złe. I czekolada. Czekolada rekompensowała wszelkie możliwe straty będące skutkiem tej niewłaściwej decyzji.
    Oblizałem palce, ostentacyjnie patrząc mu przy tym w oczy. Evansowi. Nawet kiedy nie chciałem, moje zachowania sprowadzały się tylko do jednego – jawnej kokieterii, co często odbijało się na mnie. Nie miałem zamiaru uwodzić Evansa, choć uczyniłem to już wczorajszego wieczoru. Kiedy tylko pojawiał się ten pieprzony Evans, wszystko zaczynało dziać się wbrew mnie. Nawet ja sam działałem wbrew sobie. Odrobinę mnie to przerażało.
    Oczywiście, że nie miałem zamiaru zostawać w jego domu. Nie chciałem nawet wiedzieć, co takiego ten wampir miał w głowie, że w ogóle o tym pomyślał. Miałem inne sprawy na głowie, zdecydowanie ważniejsze, niż wylegiwanie się bez celu pod jego dachem. Pół godziny to i tak było dla mnie za wiele. Miałem zamiar zabrać się stąd lada moment, kiedy tylko wypiję do końca herbatę, którą powoli sączyłem. Tą samą herbatą prawie się oplułem, słysząc jego pytanie.
    — Niespecjalnie — odparłem, udając, że wcale mnie to nie ruszyło.
    Gdybym nie był wilkołakiem, z pewnością wciąż leżałbym w jego łóżku, umierając z bólu. Z całą pewnością nie byłby mniejszy niż w nocy, a może nawet silniejszy, bardziej nieznośny. Na całe szczęście (lub nie), byłem wilkiem, a kiedy tojad opuścił mój organizm, moje zdolności regeneracyjne nie pozwoliły na zachowanie jakiegokolwiek śladu wspólnej nocy. Zawsze tak było.
    — Widocznie za słabo się postarałeś — z trudem powstrzymałem szelmowski uśmiech. Nie chciałem dać mu za wygraną. Nie Evansowi.
    Powoli zeskoczyłem ze stołka, aby zarzucić na ramiona marynarkę i założyć buty. O ile mnie pamięć nie zawodziła, Evans nie zdążył wyśmiać ich wczoraj, więc byłem pewien, że lada moment to zrobi. Nosiłem je, ponieważ dzięki nim byłem chociaż minimalnie wyższy. I właśnie dlatego były takie żałosne.
    Już chciałem wyjść, kiedy przypomniałem sobie o herbacie. Chwyciłem kubek, aby odnieść go do zlewu, obok którego stał Evans. I już miałem zamiar obrócić się i wyjść, kiedy po plecach przebiegł mi dreszcz, a ja zesztywniałem w całości, czując ten znienawidzony zapach kawy, który uwiódł mnie tej nocy. Nie mogłem się przed tym powstrzymać, wszystko we mnie krzyczało, abym to zrobił, choć tak naprawdę nie chciałem. A może właśnie chciałem?
    Kiedy moje usta zetknęły się z jego wargami, wiedziałem, że nienawidzę siebie jeszcze bardziej, niż jego. Ledwo ich dosięgnąłem, musiałem chwycić go za żuchwę, aby zmusić go do pochylenia się.
    Przegrałem. Przegrałem z kretesem i ogromnym wstydem, wyciskając ten jakże delikatny i niepodobny do mnie pocałunek na jego ustach. Niemalże słyszałem, jak moja korona uderza o podłogę, rozbijając się na kawałki. Przegrałem w swojej własnej grze.
    Nie miałem zamiaru mu się tłumaczyć, zresztą, nawet nie musiałem. Trzasnąłem głośno drzwiami, poprawiając marynarkę. Nie planowałem wracać do tego miejsca nigdy więcej. Ale plany bywały przewrotne.

    purwa

    OdpowiedzUsuń
  30. Chciałem zapomnieć o Samuelu Evansie. Miałem zapomnieć o Samuelu Evansie. Wychodząc z jego domu, trzaskając tymi pieprzonymi drzwiami, byłem pewien, że o nim zapomnę. Dlaczego już wtedy nie mogłem zdać sobie sprawy z tego, że było to niemożliwe? Ponieważ było to niemożliwe. Czułem się zupełnie tak, jakby założono mi obrożę. Obrożę tak ciasną, że stopniowo przestałem potrafić wykonywać normalne czynności. On mi ją założył. Samuel.
    Wszystko działo się nie tak, jak powinno. Odkąd opuściłem jego dom. Już po pierwszym dniu udało mi się wyrzucić go ze swoich myśli, jednak tylko głupiec pomyślałby, że na tym się skończy. Nie skończyło się. W końcu ten facet był pieprzonym bumerangiem. Wyrzucony, raz, drugi, trzeci, czterdziesty, zawsze wracał. On. Samuel.
    Choć nie chciałem pamiętać, jedno zawsze przywodziło mi go na myśl – ten zapach kawy, tak, tej właśnie kawy, której tak nienawidziłem. Stopniowo przestałem pojmować, czy naprawdę doszczętnie przesiąknęło nim moje życie, czy po prostu zaczynałem mieć paranoję. Czułem go wszędzie. Moje ubrania nią pachniały. Ja nią pachniałem. Moje mieszkało nią pachniało, moje łóżko, czułem ten zapach nawet na zewnątrz, nawet tam, gdzie absolutnie nie powinno mnie być. Czułem go pieprząc się z klientami. Tak, zdecydowanie oszalałem. Zostałem szaleńcem. On zrobił ze nie szaleńca. Samuel.
    I byłem prawie pewien, że nie mogłem już oszaleć bardziej. Tak cholernie się myliłem.
    — Hej, wilczku... nie masz przypadkiem kochanka?
    Nie miałem pojęcia, dlaczego zadał mi takie pytanie. Nie do końca je rozumiałem. Zresztą, nie przyszedłem tutaj zwierzać się za swojego życia, tylko zarabiać.
    — Odpowiedz mi. — Sposób, w jaki mnie dotykał, nie sprawiał mi żadnej przyjemności. A on nie powinien się temu dziwić, skoro wciąż nie podał mi żadnych środków. — To mężczyzna, czy może kobieta?
    Tak długo jak wykonywałem ten zawód, brak stałego, życiowego partnera powinien być raczej oczywistą kwestią. Nie wiedziałem, co wampir chciał osiągnąć tymi pytaniami.
    — Nie? Więc pozwól mi zmienić pytanie... — Zatrząsłem się dopiero, kiedy przesunął językiem po mojej szyi. Gdyby nie był krwiopijcą, z pewnością nie wywarłoby to na mnie żadnego wrażenia. Bałem się, że lada moment zechce mnie ugryźć. — Czy kiedykolwiek kochałeś kogoś?
    To był moment, w którym zdębiałem. Zamarłem, oczyma wyobraźni widząc jedynie jego postać, a wszystko inne zniknęło. Te jasne, rozwichrzone kosmyki. Te piękne, jasnozielone oczy. I ten delikatny uśmiech. I wszystko byłoby jak najbardziej poprawne, nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że nie był to Charlie.
    — Kochałeś. To dobrze — uśmiechnął się, a ja poczułem niezwykle nieprzyjemne ukłucie w szyję.
    Krzyknąłem, zaciskając palce na jego ramionach. To nie były kły. Tylko igła. Strzykawka.
    — Bo będziesz pieprzony do utraty świadomości, myśląc właśnie o tej osobie, wilczku.
    Obraz Samuela rozmazał się, ale nie był jedynym jego obrazem tej nocy. Nie rozumiałem tego.
    Levi.
    Nie rozumiałem, dlaczego tutaj byłeś. Dlaczego widziałem cię wszędzie, tak bardzo prawdziwego, tak bardzo realnego. To nie było możliwe.
    Levi.
    Nie chciałem, żebyś oglądał mnie w tym stanie. Nie chciałem, byś oglądał, jak jestem pieprzony przez kogoś innego, podczas gdy chciałem być pieprzony tylko przez ciebie. Chciałem tylko ciebie.
    Levi.
    Nie patrz na mnie. Nie patrz na mnie, błagam... Nie patrz na mnie, Sam... zabierz mnie stąd!
    Levi. Gdyby coś się stało, gdyby ktoś cię skrzywdził, to możesz przyjść z tym do mnie, Levi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałem pojęcia, która była godzina, kiedy zapukałem do drzwi, jednak zapalone w salonie światło napawało mnie nadzieją. Wciąż nie wiedziałem, w jaki sposób zdołałem uciec, ale to nie było istotne. Liczyło się tylko to, że udało mi się uciec.
      Od dłuższego czasu padało, a ja dwa razy zgubiłem drogę. Cieszyłem się, że był to środek nocy i nikt nie był w stanie mnie zobaczyć. Nie chciałem, by ktokolwiek oglądał mnie w takim stanie. Byłem doszczętnie przemoczony, ale deszcz nie stanowił większego koszula. Moja biała, krzywo zapięta koszula straciła swoją czystość na rzecz szkarłatu. Od utraty krwi kręciło mi się w głowie, a jej zapach osłabiał mnie jeszcze bardziej; okropnie cuchnęła tojadem. Nieustannie sączyła się z wielu ran po paznokciach wampira na całym moim ciele, tak jak i po igłach oraz szkle. Gdyby nie to okno, prawdopodobnie nie byłbym w stanie uciec. Wciąż czułem jego kawałki w prawym ramieniu oraz dłoni, a moja lewa ręką była prawdopodobnie złamana. Podobnie nieustannie czułem jego ręce na swojej szyi, która wciąż obrzydliwie pulsowała bólem, najpewniej cała sina, jednak mało mnie to wszystko obchodziło.
      Cierpliwie czekałem, zalany łzami, zaciskając pokaleczone palce prawej ręki na tym małym, czarnym guziku. Odkąd ostatni raz stałem przed tymi drzwiami, miałem go nieustannie przy sobie. I to on właśnie tak pachniał. Moją ukochaną kawą.
      Drgnąłem, kiedy padł na mnie promień światła z wewnątrz budynku, a zaraz za nim cień jego właściciela. Uśmiechnąłem się do niego rozpaczliwie, choć krew z nosa zalewała mi usta. Z trudem wyciągnąłem ku niemu zakrwawioną dłoń, na której spoczywał ten właśnie mały, czarny guzik z jego koszuli.
      — Zapomniałem ci go oddać ostatnim razem — wyszeptałem, wciąż z uśmiechem, czując, że lada moment po prostu się przewrócę.
      Ale teraz mogłem nawet umrzeć. Mogłem umrzeć, bowiem nie potrzebowałem nic więcej. Chciałem zobaczyć tylko te przepiękne, jasnozielone oczy, dla których oszalałem. Tylko je.


      You're making me sweat sweat sweat my love down deep into your bones
      You're making me sweat sweat sweat my heart down deep into your soul
      I can't take it

      Usuń
  31. Nie rozumiałem, dlaczego ten gnojek zadawał tak głupie pytania. Przecież właśnie mu to wyjaśniłem. Przyszedłem oddać mu ten pieprzony guzik od jego pieprzonej koszuli, który bezczelnie ukradłem w poniedziałek. W rzeczywistości to nie był żaden powód, a Evans wiedział o tym jeszcze lepiej niż ja. Od dnia w którym straciłem swoją koronę, choć myślałem, że na stałe przyrosła do mojej czaszki, przestałem racjonalnie myśleć. Teraz także zjawiłem się pod jego drzwiami wbrew sobie, podświadomie wiedząc, że on na pewno mi pomoże. Samuel.
    Jęknąłem głośno, kiedy mnie złapał. Nie potrafiłem ukryć ani przed sobą, ani przed nim, w jak żałosnym byłem stanie. Moje ciało w całości promieniowało przeraźliwym bólem, szczególnie złamana ręka i sina szyja, która dawała o sobie boleśnie znać z każdym, najmniejszym oddechem. Nie byłem w stanie odpowiadać na żadne z jego pytań, główne dlatego, że to po prostu bolało. Jakby tego było mało, z powodu tojadu trawiła mnie okropna gorączka, tak brutalna, jak jeszcze nigdy. Nie wiedziałem, ile tojadu dostałem, ale byłem pewien, że była to dawka zdecydowanie większa niż zazwyczaj.
    — Moja krew mnie parzy — wydusiłem, czując jej ohydny smak w ustach. Naprawdę szczypała moją skórę, to wszystko przez tojad, którego było w niej pełno. Nie mogło być gorzej.
    Pokręciłem głową, chcąc przekazać Evansowi, że mój nos miał się dobrze. Nie był to najlepszy pomysł, zwłaszcza, że niemalże od razu zapłakałem z bólu. Nawet nie wiedziałem, od jak dawna płakałem. Te łzy bezsilności płynęły po prostu same z siebie, a ja nie potrafiłem ich powstrzymać. Nawet nie próbowałem. Wiedziałem, że nie dam rady.
    Byłem mu niesamowicie wdzięczny za to, że nie pierdolił się z moją koszulą. I tak nie byłby w stanie jej ściągnąć; ja sam ledwo ją założyłem, doprowadzając samego siebie do jeszcze gorszego stanu, ale przecież nie mogłem przyjść do Evansa nago. Miałem resztki godności, choć właśnie teraz je przy nim traciłem. Nie miałem pojęcia, kiedy ostatni raz taki byłem. Tak się czułem. Tak sponiewierany, bezsilny, potrzebujący pomocy. Potrzebujący opieki.
    Szkło w moim ramieniu nie było najgorsze, ale zdecydowanie bolesne. Wyciąganie drobnych odłamków przeżyłem z trudem, nieco uprzykrzając wampirowi robotę żałosnymi jękami pełnymi bólu. Nie mogłem tego powstrzymać w żaden sposób. A odkażanie tych ran było jeszcze gorsze. Kiedy wreszcie przykleił mi ostatni plaster na rozciętym policzku, całe moje ciało drżało z powodu gorączki i nawracających szlochów. Ale i tak wciąż zostało jeszcze jedno. Lewa ręka.
    Wiedziałem, że tojad będzie trzymał mnie jeszcze przez kilka godzin, stopniowo zanikając. Nie potrafiłem ocenić, co mogło być gorsze: odpowiednio nastawić usztywnić moją rękę teraz, co wiązało się z jeszcze większym i bardziej brutalnym bólem, czy poczekać, aż tojad zniknie z mojego organizmu, aby ręka zrosła się sama, prawdopodobnie niewłaściwie, aby połamać ją znów i ustawić poprawnie. To byłoby zdecydowanie mniej bolesne dla mnie, biorąc pod uwagę wilkołaczą odporność na ból, jednak nie byłem pewien, czy dam radę dożyć w tym stanie do zaniknięcia działania tojadu. Ból zrastającej się niepoprawnie kości mógł okazać się jeszcze gorszy niż jej ponowne łamanie.
    Próbowałem nią poruszyć, ale tylko cicho zaszlochałem.
    — Jest złamana — zapewniłem Samuela, z wielkim trudem przesuwając ją w jego stronę, aby mógł ją lepiej obejrzeć. — Kość jest przesunięta... — wydusiłem, choć nie musiałem wcale go o tym informować. Deformacja była doskonale widoczna, kość prowadziła niemal do złamania otwartego, a tylko tego mi brakowało do pełni (nie)szczęścia.
    Na samo wspomnienie o moim oprawcy, zrobiło mi się niedobrze. Ten wampir... nigdy wcześniej go nie widziałem, nie miałem z nim żadnej styczności, nie miałem bladego pojęcia, że okaże się być aż takim psycholem. Wiedziałem, że jeśli zostałbym tam chociaż chwilę dłużej, z pewnością by mnie zabił. Chyba miał taki zamiar, zaraz po tym, jak chciał się mną pożywić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za wszelką cenę próbowałem przypomnieć sobie jego imię, ale zamiast tego w mojej głowie zaczęły pojawiać się kolejne jego obrazy, widziałem je przed oczami, zlewały się z rzeczywistością. Przestałem być świadom tego, że siedzi przede mną Evans, a nie ten wampir. Ten potwór. Sięgał ku mnie, chcąc uderzyć mnie po raz kolejny, jednak w porę zasłoniłem się prawą ręką, w której wciąż ściskałem ten mały, czarny guzik.
      — Nie dotykaj mnie! — Krzyknąłem błagalnie, wręcz rozpaczliwie, łkając głośno i czekając na bolesny cios.
      Nic takiego jednak się nie stało. Rozwarłem szeroko czarne oczy, których źrenice przez dłuższą chwilę były maleńkie, choć światło w salonie nie było zbyt silne. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że wpatruję się w znajomą mi twarz Samuela.
      — S...Sam... Sam... — zapłakałem głośno.
      Coraz mniej pojmowałem to, co się ze mną działo. Co działo się w około. Czułem się coraz gorzej. Odchodziłem od zdrowych zmysłów. Potrzebowałem Samuela. Tylko to wiedziałem i tylko tego byłem pewien. Że go potrzebuję. Tylko jego.


      Cut me like a rose
      Turn me like a beast
      Hold me on the floor

      Usuń
  32. Moje ciało cholernie się trzęsło. Telepałem się cały z bólu i przerażenia, nie będąc pewnym, co stanowiło element przewyższający. Potrzebowałem chwili, aby dotarło do mnie, że znajdowałem się w domu Samuela i to on właśnie siedział przede mną, nie tamten wampir. Tamten potwór. Wiedziałem, że miałem halucynacje, ale nie potrafiłem odróżnić ich od rzeczywistości. Podobnie jak będąc pieprzonym przez tego potwora, widziałem Samuela, tak samo realnego, jak teraz. Pragnąłem jedynie, by to wszystko jak najszybciej się skończyło. Błagałem o to.
    Natychmiast wstrzymałem gwałtowne szlochy i płacz, kiedy poczułem jego delikatne palce na swoim policzku. Zadziałało to na mnie nadzwyczaj kojąco, sam nie potrafiłem uwierzyć w to, że Evansowi udało się tak łatwo mnie uspokoić. Byłem przed nim bezbronny. Całkowicie odkryty. Mógł zrobić ze mną co chciał, a ja nie zaprotestowałbym. Rozbroił mnie w całości, a ja pozwoliłem mu na to, dobrowolnie pokazując mu swoją prawdziwą twarz – złamanego, skrzywdzonego dziecka, a przecież na co dzień byłem taki wulgarny i zimny. Podejrzewałem, że odkrył to już dawno temu, dlatego też stał się moją tak ogromną słabością.
    Zdawałem sobie doskonalę sprawę z tego, że w domu Samuela byłem bezpieczny. Właśnie dlatego tutaj przyszedłem. Wiedziałem też, że nie skrzywdzi mnie w żaden sposób, nawet gdybym o to poprosił. Wiedziałem o tym wszystkim, jednak mój umysł w tamtym momencie błędnie pobierał i analizował otoczenie, nieustannie mącąc i mieszając fakty. Reagowałem całkowicie wbrew sobie.
    Moja gorączka była tak silna, że nawet nie zauważyłem, kiedy wampir zaczął zajmować się moją złamaną ręką. Dotarło to do mnie dopiero w momencie, gdy zacząłem zakłócać ciszę nocną żałosnymi okrzykami bólu, tak długo, dopóki nie straciłem przytomności.
    To było dla mnie prawdziwym wytchnieniem. Zasnąć wreszcie. Uciec od tego bólu. Choć wcale nie było to taką prawdziwą ucieczką. Nawet we śnie cierpiałem równie mocno. Gorączka trawiła moje ciało przez najbliższe kilka godzin, zalewając je w całości potem. Nawet moje włosy były mokre. Moje rany jeszcze długo krwawiły, a co gorsza, nawet nie zaczęły się goić. Tojad nie chciał zniknąć z mojej krwi tak szybko, jak zniknąłby w przypadku, gdybym go po prostu strawił. Kiedy wreszcie zacząłem powoli odzyskiwać zdolności regeneracyjne, podświadomie skupiłem się najpierw na wyleczeniu ręki, która powoli goiła się, kiedy spałem. O ile w ogóle mogłem nazwać to snem.
    Choć nie byłem tego świadomy, krzyczałem. Krzyczałem przez sen, bardzo głośno i często, wijąc się w łóżku, jakby ktoś zadawał mi jeszcze większy ból. Obecność Samuela tylko częściowo mnie uspokajała, ale to i tak był przekłamany fakt. Być może uspokoiłby mnie, gdyby nie pojawił się w moim śnie. A raczej koszmarze.
    Widziałem Charliego. A było to jeszcze bardziej realne niż zawsze. Trzymałem jego dłoń, wtulając się w jego ramię, dokładnie tak, jak tamtego wieczoru. Byłem zmęczony, i choć mówił coś do mnie, nie docierały do mnie jego słowa ani jego głos. Nie docierały do mnie żadne bodźce, żadne ciepło, żadne zimno, żadne dźwięki czy zapachy. Oprócz jednego. Kawy i truskawek. Charlie pachniał kawą i truskawkami. I właśnie dzięki temu zdałem sobie sprawę z tego, że to wcale nie był Charlie. Tylko Samuel.
    Uśmiechał się do mnie ciepło, a zaraz chwycił mój podbródek, aby mnie pocałować. Nie zdążył tego zrobić. Przestałem czuć jego dłoń splecioną z moją, przestałem czuć jego zapach. Czułem jedynie ciepło krwi, którą obryzgane było moje ciało. Krwi Samuela. Była wszędzie. Pragnąłem krzyczeć, ale nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku, zacząłem rozglądać się za jakimkolwiek źródłem pomocy, ale wszechogarniająca ciemność nie pozwoliła mi zobaczyć niczego. Niczego, prócz tych ślepi. Ślepi, które rozrywały mi duszę, tak jak kły ich właściciela lada moment rozerwały mi szyję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otworzyłem szeroko oczy, biorąc gwałtowny oddech, jakbym dopiero co wynurzył się spod wody. Serce biło mi jak oszalałe, a ja przez dłuższą chwilę nie czułem niczego prócz tego okropnego bólu, który rozrywał mi szyję. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że była obolała z powodu sińców, które wciąż się nie zagoiły. Odetchnąłem głęboko, próbując się uspokoić, i wówczas go dojrzałem, leżącego zaraz obok mnie, głaszczącego moje mokre włosy. Normalnie już obdarzyłbym go piękną wiązanką przekleństw, odrzucając jego dłoń, jednak... nie chciałem tego robić. Zamiast tego przymknąłem oczy, oddychając głęboko. Starałem się na spokojnie przyswoić wszystkie wydarzenia poprzedniego dnia, a także uspokoić rozszalałe serce, które wciąż biło tak głośno i szybko, że Evans z pewnością je słyszał.
      Powoli poruszyłem palcami lewej ręki, sprawdzając jej sprawność. Nie bolała. Ani trochę. Zrosła się całkowicie, a przede wszystkim poprawnie, za co mogłem być wdzięczny tylko Samuelowi. Wciąż czułem to przeraźliwe gorąco, które tylko informowało mnie o tym, że moja krew wciąż była pełna tojadu. Goiłem się, jednak był to proces zdecydowanie bardzo, bardzo powolny. Przez te kilka godzin snu ledwo udało mi się wyleczyć złamaną rękę. Teraz skupiłem się na głębszych ranach, które na powrót mogły zacząć krwawić, gdybym tego nie zrobił.
      Ponownie powoli otworzyłem oczy, aby spod przymkniętych powiek spojrzeć na twarz Samuela. Czułem się jeszcze bardziej zmęczony i wyczerpany niż poprzedniego dnia, zapewne dlatego, że wcale nie wypocząłem, a mój organizm przez tak wysoką gorączkę był z całą pewnością odwodniony.
      — Woda... — Tylko tyle zdołałem wydusić, zanim delikatnie skrzywiłem się z bólu. Gojenie ran wcale nie należało do najprzyjemniejszych.
      Nie byłem pewien, czy przypadkiem nie zachowywałem się dziwnie przez sen, z powodu koszmaru. Miałem ogromną nadzieję, że nie krzyczałem ani jego imienia, ani Charliego, bowiem nie chciałem, aby o to pytał ani o tym wiedział. I choć miałem taką nadzieję, wiedziałem, że się mylę.

      żal

      Usuń
  33. Bardzo powoli i ostrożnie podniosłem się do siadu, opierając się przy tym na prawej ręce. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym użył do tego lewej, już zdrowej, ale nie chciałem ryzykować. Drobne rany po szkle piekły niemiłosiernie przy każdym najmniejszym ruchu palcami, jednak stanowiły jedynie niegroźne defekty. Wolałem skupić się na wyleczeniu tych głębszych, które wciąż mogły zacząć krwawić i bolały zdecydowanie mocniej.
    Po pierwszym łyku wyjątkowo dość agresywnie zabrałem Evansowi szklankę, pijąc tak łapczywie, jakby od tego zależało moje życie. Kilka kropel spłynęło po mojej brodzie oraz szyi. Moje ciało wciąż było rozgrzane, ale gorączka zdecydowanie zmalała. Tak, zdecydowanie było coraz lepiej. A ja byłem naprawdę wdzięczny Samuelowi, choć moja duma nie pozwalała mi się do tego przyznać. Najprawdopodobniej skończyłbym martwy, gdyby nie on. Gdybym go nie poznał i gdyby mi nie pomógł. Wcale nie musiał tego robić, a jednak przygarnął mnie pod swój dach, zajął się moimi ranami, czuwał przy mnie... okropne uczucie wykręciło mój żołądek i wszystkie wnętrzności, kiedy o tym myślałem. Znałem to uczucie doskonale, ale zanim zaczęło mnie tak bardzo przerażać, postanowiłem, że wcale go nie znam. Że ono nie istnieje. Nie miałem zamiaru popełniać tego błędu po raz kolejny, błędu, którym było poleganie na drugiej osobie.
    Pozwoliłem mu na rozwiązanie opatrunku i także odetchnąłem cicho. Ta ręka była zdecydowanie najgorszym, co mogło mi się przytrafić. Kilka razy zgiąłem i wyprostowałem palce, strzelając przy okazji kościami. Wszystko było w porządku. W najlepszym porządku.
    Nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, że milczę, prawdopodobnie dlatego, że w myślach toczyłem zaciętą walkę z samym sobą. Próbowałem zdobyć się na jakiekolwiek słowa podziękowania, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Zwaliłem to na fakt, iż wciąż byłem za słaby chociażby żeby zaprotestować, kiedy Evans wynosił mnie z łóżka do łazienki. Powstrzymałem jęk bólu, zaraz obejmując rękoma jego szyję. Wiedziałem, że mnie nie upuści, jednak... jednak. Nawet nie wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Przytulając się do niego w ten sposób po prostu poczułem się dobrze. Dopóki nie włożył mnie do wanny.
    Woda była letnia, przyjemnie chłodząca moje rozpalone ciało. Syknąłem głośno z bólu, kiedy obmyła moje rany, ale wiedziałem, że to koniecznie. Przyzwyczaiłem się do niej już po kilku sekundach, uspokajając oddech. Spojrzałem spod przymkniętych powiek na Samuela.
    — Poradzę sobie — zapewniłem szeptem, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Byłem dziwnie spokojny, choć moje serce biło zaskakująco szybko i nierówno, kiedy właśnie on był obok mnie.
    I choć chciałem wykąpać się samodzielnie, Evans nie omieszkał mi pomóc. Poodklejał zmoczone opatrunki nim pomógł mi się umyć, a kiedy wypuścił wodę, by wymienić ją czystą, umyłem do tej pory mokre od potu włosy.
    Wycieranie stanowiło zdecydowanie najgorszy etap kąpieli. Nie musiałem zwracać Samuelowi uwagi na to, by był ostrożny; doskonale o tym wiedział, jak najdelikatniej zbierając wodę ręcznikiem z mojego ciała. Irytowało mnie to, jak niesamodzielny przy nim byłem. Oczywiście, mogłem zrobić to wszystko sam, ale oboje wiedzieliśmy, że zajęłoby to zdecydowanie dużo czasu, a z całą pewnością narobiłbym przy tym dodatków szkód.
    Ani trochę nie przeszkadzał mi fakt, że byłem kompletnie nagi, a Evans miał okazję oglądać mnie w tym stanie. Nie odczuwałem przy nim żadnego wstydu, odmienna sytuacja byłaby dosyć dziwna w moim przypadku. Niemniej jednak poczułbym się lepiej, gdybym miał coś na sobie. Nie musiałem nawet o to prosić. Ani nie mogłem narzekać na tęczową koszulkę, którą mi przyniósł. Uśmiech cisnął mi się na usta, ale powstrzymałem go w porę, nim chociażby ich kąciki drgnęły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Głębsze rany na moich ramionach i plecach zdążyły zniknąć w całości, nim Samuel zechciał je opatrzyć. Siniaki na szyi powoli bledły, ale wciąż był to proces wyjątkowo powolny. Nie miałem pojęcia, jak długo tojad będzie jeszcze trzymał się w mojej krwi, ale zacząłem szukać sposobu, aby w jakiś sposób przyśpieszyć wydalanie go.
      Upiłem łyk wody, ignorując jego spostrzeżenie. Nie byłem już w stanie zasnąć, nawet jeśli wciąż byłem zmęczony. I tak spałem zaskakująco długo, choć zapewne zawdzięczałem to wycieńczonemu organizmowi.
      — Nie potrzebuję snu — mruknąłem, wpatrując się w przezroczysty płyn w szklance, jakbym szukał w nim rozwiązania. — Ale nie pogardziłbym alkoholem — wypaliłem znienacka, zerkając nań wyjątkowo prosząco. — Nie masz może whisky? Albo wódki. Wódka byłaby dobra. Zdecydowanie — westchnąłem, oddając mu szklankę z wodą i przesuwając palcami po plastrze na policzku, upewniając się, że na pewno dobrze się trzyma.

      prosimy ładnie jakiegoś burbona

      Usuń
  34. — Dlaczego nie? — Odparłem ze spokojem, także patrząc na zegarek. Sądziłem, że było znacznie wcześniej. Ale mogłem się mylić. Jak zwykle. Ostatnio myliłem się coraz częściej. Szczególnie odkąd poznałem Evansa. — Każda pora jest dobra na odrobinę alkoholu — mruknąłem pod nosem, układając się na poduszkach.
    Było mi tu zaskakująco dobrze. Musiałem w pełni wyleczyć rany, zanim się stąd zabiorę, ale to było tylko usprawiedliwienie... naprawdę chciałem tu zostać. Czułem się tutaj bezpieczny. Jak nigdzie indziej.
    Ułożyłem poduszki tak, by móc usiąść i oprzeć się na nie, a przy okazji wciąż odpoczywać. Zamrużyłem oczy, wpatrując się groźnie w Samuela. Jego błyskotliwa uwaga wyjątkowo mocno mnie dotknęła. Wcale nie miałem zamiaru gapić się na Evansa. Niemal się zarumieniłem, jednak w porę zamaskowałem to bezczelnym parsknięciem.
    Miałem szansę się uspokoić, kiedy opuścił sypialnię. Musiałem to zrobić. Cholera, tak bardzo nie wiedziałem, co właściwie miało miejsce. Nie wiedziałem tak naprawdę niczego. Nie wiedziałem, co takiego miał w sobie Samuel, że tak na mnie działał. Nie wiedziałem, co takiego działo się ze mną, że zachowywałem się przy nim w ten sposób.
    Spiąłem się momentalnie, kiedy wrócił. Skinieniem podziękowałem mu za szklankę i zaraz pociągnąłem spory łyk ognistego napoju. Naprawdę dawno nie piłem alkoholu. Nawet mi tego brakowało.
    — Szkocka? — Uniosłem delikatnie brwi. — Liczyłem na burbona — dodałem, ale nie miałem zamiaru narzekać. I tak była dobra. Lepsza niż dobra. Potrzebowałem właśnie tego.
    Ze wszystkich sił starałem się wyluzować, jednak obecność Evansa mi to uniemożliwiała. Z każdą sekundą stawała się coraz bardziej uciążliwa, a ja czułem gdzieś w sobie, w niezidentyfikowanym miejscu, ogromny, rosnący niepokój tym spowodowany. Sposób, w jaki na mnie spoglądał... ten pieprzony Evans... miałem ciarki na plecach, a moja blada skóra obsypywała się gęsią skórką. To uczucie wykręcało mi wszystkie wnętrzności, próbowałem jakoś załagodzić je alkoholem, popijając już kolejną szklankę, jednak nic nie było w stanie tego uciszyć.
    Wspomnienie o tym wampirze, który doprowadził mnie do takiego stanu, wcale nie było przyjemne. Na raz opróżniłem szklankę, chociaż dopiero co ją napełnił, a zaraz wymieniłem ją na butelkę, bezczelnie zabierając ją Evansowi. Pociągnąłem z niej zdrowo i wytarłem usta wierzchem dłoni, spoglądając na niego. W moich oczach widać było lęk, nad którym nie potrafiłem zapanować. Nie miałem bladego pojęcia, kim był ten wampir ani jakie pobudki nim kierowały, jednak wiedziałem jedno. Chciał mnie po prostu zabić. Miał taki zamiar. Chciał zabawić się ze mną i zabić mnie, jakby to właśnie sprawiało mu największą przyjemność. Byłem prawie w stu procentach pewien, że wcale nie chodziło o mnie. Gdybym nie był to ja, byłaby to jakakolwiek inna dziwka. A ja po prostu pechowo wybrałem klienta.
    Nasze spojrzenia się spotkały, a ja w całości zamarłem z butelką w połowie drogi do moich ust. Nie potrafiłem choćby drgnąć, a tym bardziej odwrócić od niego wzroku. Od jego oczu. Tych pięknych. Zielonych.
    Wzdrygnąłem się na wspomnienie o mojej własnej krwi, na powrót odzyskując władzę nad własnym ciałem. Tylko częściowo, bowiem wciąć reagowałem zupełnie inaczej, niż chciałem zachowywać się przed Evansem. Odłożyłem butelkę na szafkę, nie odrywając od niego spojrzenia. O mały włos, a potłukłbym ją, ale i tak była już prawie pusta. Dotknąłem swojej szyi opuszkami palców, niechętnie przypominając sobie moment, w którym ten wampir poprzedniej nocy przymierzał się do rozerwania mu gardła.
    Nie spodobało mi się to, że Samuel położył się i uciekł ode mnie wzrokiem. Poczułem się niemal jawnie zignorowany, nie, cholera, zabolało mnie to. Po prostu zabolało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotknąłem jego twarzy opuszkami palców, prawie niezauważalnie układając się na boku obok niego. Moje palce wciąż oklejone były plastrami, ale osobiście jakoś mi to nie przeszkadzało. Pogładziłem jego policzek, aby zaraz przesunąć środkowym palcem po jego dolnej wardze. Pieprzony sukinkot. Tak bardzo chciałem go pocałować. Ale raz już przegrałem. Ponowna klęska mogła skończyć się moją rychłą śmiercią.
      Wciąż pamiętałem dokładnie ich kształt oraz miękkość, pragnąc poczuć je po raz kolejny, pragnąc odbić je na zawsze na swoich własnych. Wciąż pamiętałem doskonale smak jego ust i dlatego tak bardzo pragnąłem skosztować ich znowu. Upoił mnie nimi, dokładnie tak jak piękny kwiat owada swoim nektarem. Zwabiony jego zapachem pragnąłem nieustannie z niego czerpać, nie dostrzegałem możliwości, a raczej faktu, że równie dobrze mógłby być drapieżnikiem i tylko czekać, aż zbliżę się jeszcze bardziej, aż wpadnę w jego pułapkę.
      Ale już było za późno. Już dawno przegrałem. Już dawno w nią wpadłem, tracąc wszelką szansę ucieczki. Wpadłem w sidła Samuela Evansa.
      — Nie chcesz jej spróbować? — Zapytałem, kompletnie wbrew sobie. — Tym razem tak naprawdę. O ile wciąż nie smakuje tojadem — szepnąłem, mocno przygryzając dolną wargę. Wiedziałem, że prawdopodobnie zrobiłem właśnie coś bardzo głupiego.
      Podświadomie gryzłem ją tak mocno, aż sam poczułem delikatny smak własnej krwi. Tak, zdecydowanie byłem okropnym głupcem.

      So tell me when you hear my heart stop,
      You’re the only one who knows
      Tell me when you hear my silence
      There’s a possibility I wouldn’t know.

      Usuń
  35. Błagalny głos Samuela wyjątkowo przyjemnie połechtał mój zmysł słuchu. Bezustannie ciągle powtarzam sobie to samo kłamstwo, wciąż i wciąż, że naprawdę nie chciałem, aby ten wampir pożywił się moją krwią. Do tej pory wmawiam sobie, że wcale nie podobało mi się drażnienie Samuela, że wcale nie pragnąłem być przez niego ugryziony, skosztowany. Chciałem, by napił się mojej krwi. Cholera, chciałem, by pił tylko moją krew. Żadną inną. Nikogo innego. Tylko moją. Moją.
    Chciałem, by Samuel Evans posiadł mnie w całości, na swoją absolutną własność.
    Przegapiłem moment, w którym zamieniliśmy się rolami. Zdominował mnie zupełnie znienacka, zakrywając swoim ciałem. Moje serce momentalnie przyspieszyło, kiedy padł na mnie jego cień. W pierwszej sekundzie nie miałem żadnego pojęcia na temat tego, co się działo. Byłem naprawdę przerażony, cholera, bałem się, że Evans naprawdę mnie ugryzie. A potem zacząłem się bać jeszcze bardziej, wiedząc, że tego nie zrobi.
    — Sam — sapnąłem bezsilnie i zupełnie bezwiednie.
    W tym momencie powinienem podkreślić, że nigdy nie zwracałem się do Evansa chociażby nazwiskiem, a co dopiero imieniem. A co dopiero tak pieszczotliwie zdrobnionym. Wołałem go w ten sposób tylko tamtej nocy, ale tylko i wyłącznie dlatego, że byłem pod wpływem narkotyków. Tymczasem teraz także wołałem go w ten sam sposób, kompletnie nie wiedząc, co we mnie wstąpiło.
    Nie potrafiłem ruszyć się przez zdecydowanie za długą chwilę, przyjmując jego bezczelne słowa. W c a l e nie chciałem go całować. Ani trochę.
    Moje ręce wcale nie drżały, kiedy podnosiłem jedną z dłoni, aby dotknąć jego policzka. Wcale nie zatrząsłem się cały, czując jego oddech na swoich wargach, wcale nie przyciągnąłem go do siebie żałośnie mocno, ciągnąc go za te pieprzone, urocze loki, pogłębiając ten pocałunek tak mocno, jak tylko się dało. Mój język toczył zaciekłą walkę o dominację w jego ustach, jednak ja wiedziałem, że z góry jestem spisany na straty Od samego początku stałem na straconej pozycji. Samuel mnie na niej postawił. S u k i n s y n.
    Sapnąłem głośno w jego ustach, chcąc jak najbardziej tylko się dało, upoić się nimi i nim całym. Alkohol był niczym w porównaniu do jego pocałunków, które momentalnie mnie spijały. Byłem przez nie pijany. A przecież to były tylko pocałunki. Ale nie w jego wykonaniu.
    Napadając jego wargi, raz za razem, czułem się tak, jakbym przeżywał swój pierwszy pocałunek. Odczuwałem tak samo wielką ekscytację, tak samo biło mi serce, tak bardzo nie chciałem, by się kończył. Czułem, że prowadzi mnie gdzieś dalej, że czeka mnie coś zupełnie nieznanego, że zaraz to odkryję. Chciałem więcej, jeszcze więcej, tak dużo, jak Evans tylko był w stanie mi dać. A nawet więcej.
    Wygiąłem się pod nim delikatnie, a moje ciało przeszył przeraźliwie silny dreszcz. Nieświadomie wyeksponowałem przed nim swoją bladą, nieskazitelną już szyję. Czekałem, tylko czekałem, aż wreszcie mnie skosztuje, zacisnąłem powieki mocno, bojąc się, że zaboli bardziej, niż tego oczekiwałem. Ale nic takiego nie nastąpiło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zadrżałem mocno, czując jego delikatne, miękkie, kurwa, d o s k o n a ł e wargi i wypuściłem z płuc powietrze, które nie wiem nawet kiedy zacząłem wstrzymywać. Oddychałem głośno, płytko i niezwykle szybko, jakbym dopiero co przebiegł maraton. Wpatrywałem się tępo w sufit, nie mogąc otrząsnąć się z tego, co właśnie miało miejsce. Z tego, co właśnie czułem. Cholera. Cholera. Cholera. Jeszcze moment, a zacząłbym się hiperwentylować.
      Ukryłem twarz w dłoniach, starając się uspokoić swój oddech. Ostatnim czego chciałem, to by zobaczył moje łzy. I tak widział je poprzedniego wieczoru, ale nie chciałem, by widział je teraz. Nie chciałem, by wiedział, że płaczę z tak błahej przyczyny. Ponieważ tylko się droczyliśmy. Tylko. Jego słowa odbijały się echem w mojej głowie, spostrzeżenie dotyczące whisky, jego przestroga, to, jak mnie nazwał... zarejestrowałem to wszystko, jednak nie do końca to do mnie docierało. Moje myśli zaprzątało zupełnie coś innego.
      — Dlaczego to robisz? — Spytałem, kompletnie ignorując jego pytanie, udając, że głos wcale mi się nie załamał, udając, że wszystko było dobrze, chociaż tak naprawdę zupełnie nic nie było.

      płacze kiri

      Usuń
  36. Łza zaznaczyła ślad na moim bladym, piegowatym policzku. Wciąż tkwił na nim plaster, jednak zdołała sprytnie go ominąć, spływając po skroni i znikając pomiędzy czarnymi kosmykami włosów.
    Czułem na sobie jego spojrzenie, zarazem identyczne jak zawsze, a jednak inne. Nie rozumiałem tego. Nie wiedziałem, dlaczego to wszystko było dla mnie aż tak trudne, tak wykańczające. Moje życie wymykało mi się właśnie spod kontroli, a ja nie potrafiłem nic z tym zrobić. Chyba na to pozwalałem.
    Zesztywniałem w całości, czując jego dłoń na swoim ramieniu. Ja chyba również chciałem, aby napił się mojej krwi. Chciałem, by to zrobił, jednak nie do końca chciałem, by mnie ugryzł. Tego ugryzienia obawiałem się najbardziej. Nie prowokowałem go celowo, nie miałem takie zamiaru, ja... cholera, ja nigdy nie kontrolowałem swojego zachowania przy Evansie. Ten pieprzony sukinsyn rozbrajał mnie w całości, rozregulował wszystkie moje mechanizmy, nie tylko te obronne. Przy nim przestawałem być sobą, jednocześnie w rzeczywistości dopiero zaczynając nim być. Wyciągał prawdziwego mnie z tej skorupy, którą tak pieczołowicie utwardzałem. A on robił to tak po prostu. Jakby od niechcenia. Jakby niecelowo.
    Spojrzałem na niego tymi załzawionymi oczyma, czując się jeszcze żałośniej, niż wczoraj. W tamtej chwili naprawdę pragnąłem umrzeć. Nie chciałem nigdy więcej odkrywać swojej prawdziwej twarzy przed kimkolwiek, tak jak zrobiłem to w przypadku Charliego. Ale właśnie robiłem to przed Evansem, choć ledwie go znałem.
    Słuchałem go wyjątkowo uważnie. Nie śmiałem przegapić żadnego jego słowa, nawet najmniejszego. Były dla mnie jak złoto. Nie. Były po prostu bezcenne.
    Nie musiał mi tego wcale tłumaczyć. Wiedziałem, że nie każdy wampir był potworem. Tak, zdecydowanie doskonale świadom byłem tego, że to właśnie ludzie stanowili najokropniejsze bestie tego świata. Wiedziałem to dobrze chociażby na własnym przykładzie. Ja także byłem potworem. I w żaden sposób nie mogłem tego zmienić.
    Zacisnąłem powieki, nie chcąc rozpłakać się bardziej. Ciepło jego dłoni na moim policzku jednocześnie niesamowicie mnie uspokajało. Odetchnąłem głośno i płaczliwie, kiedy przeczesał moje schnące po kąpieli włosy. To było dla mnie tak przyjemne. To było mi tak nieznane. A raczej znałem to dobrze, lecz o tym zapomniałem. Zapomniałem, jak wspaniałe było uczucie posiadania drugiej osoby blisko siebie, osoby, która otaczała cię opieką i zainteresowaniem. I czymś jeszcze. Czymś, co wykręcało mi właśnie żołądek.
    — Wcale nie chciałem cię pocałować — burknąłem w samoobronie. Tak, teraz mogłem zwalić to na alkohol.
    Zaraz jednak zamilkłem. Ciepło jego ciała... nie. To było dla mnie za wiele. Ciągnął mnie do siebie jak magnez. Pragnąłem obrócić się ku niemu, wtulić się w jego tors, rozpłakać jeszcze bardziej... oddać się mu całkowicie, zatracić się w nim, polegać na nim. Ale nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie.
    Podniosłem się zaraz, wycierając łzy z oczu. Nie byłem tak głupi, by droczyć się z jakimkolwiek wampirem. Jednak chyba chciałem trochę żyć. Samuel... Samuel to co innego. On nie był dla mnie takim wampirem, Samuel był... inny. Wiedziałem, że nie skrzywdziłby mnie. Chyba.
    Skinąłem głową. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak głodny byłem. W domu Samuela zawsze byłem głodny. Pewnie dlatego, że jadłem tak rzadko.
    — Jestem cholernie głodny — mruknąłem. Nieznany błysk pojawił się w moich oczach.
    W pierwszej chwili nie chciałem, by Evans kłopotał się śniadaniem dla mnie. Mogłem po prostu zabrać manatki i wyjść z jego domu, jednak zaraz dostrzegłem w tym szanse. Pod jego nieobecność mogłem spróbować dowiedzieć się o nim co nieco więcej, niż sam mógłby mi powiedzieć. I zechciałby mi powiedzieć.

    tylko jeden? :<

    OdpowiedzUsuń
  37. Obdarzyłem Evansa nienawistnym spojrzeniem. Chyba wracałem do formy, skoro udało mi się to zrobić. Mój wzrok znów (prawie) mordował. Oczywiście, nie zamierzałem zostać w tym łóżku, w tym pokoju, i czekać, aż Samuel po prostu sobie wyjdzie. Nie musiał mnie o to prosić, a tym bardziej nie musiał mi rozkazywać, za co chciałem go rozszarpać. To nie był pierwszy raz, kiedy chciałem go zamordować. Tak, zdecydowanie wszystko wracało do normy. O ile istnienie i obecność Evansa była moją normą.
    — Spoko — wymamrotałem pod nosem.
    Nie miałem o tym bladego pojęcia, jednak przy Samuelu zachowywałem się odrobinę jak rozkapryszony nastolatek. Nie. Nie odrobinę. Bardzo. Negowałem każde jego słowo, które, zresztą, odbierałem jako jawny atak na moją osobę. Byłem bezczelny i niewdzięczny, kląłem jak szewc, obrażałem go, chociaż bezinteresownie pomagał mi i troszczył się o mnie. Jednocześnie byłem beztroski i udawałem, że mam go zupełnie gdzieś, chociaż wcale tak nie było. Podobnie udawałem, że wszystko mam pod kontrolą, że wcale się nie bałem i doskonale wiedziałem, co się ze mną dzieje, a moje życie wcale nie wymykało się spod kontroli. Ale to wszystko było bzdurą. Słodkim kłamstwem. A raczej słodko-gorzkim, tak, jak rzekomo ja byłem.
    Już miałem jak gdyby nigdy nic ruszyć do kuchni, aby zrobić sobie herbaty, kiedy zupełnie niespodziewanie mnie zatrzymał. On. Popierdolony obiekt mojego jebanego roztargnienia.
    Nie zdołałem cofnąć się w tył, chociaż tak bardzo chciałem, chociaż moja stopa, sama, w nagłym odruchu, podążyła do tyłu. Znieruchomiałem. Dokładnie tak, jak za każdym razem. Po prostu zamierałem, kiedy Evans mnie dopadał, nieważne gdzie i w jaki sposób to robił. Wystarczał najmniejszy, najdelikatniejszy dotyk, aby spacyfikować mnie i odebrać mi całkowicie zdolność racjonalnego myślenia. Wyłączał automatycznie wszystkie moje mięśnie, przez co nie mogłem choćby drgnąć, a także wszystkie myśli, które dotyczyły czegokolwiek innego, niż jego pieprzona osoba.
    Nie mogłem czuć się przy nim okropniej. Pochylał się nade mną, ponieważ, kurwa, musiał to robić. A ja musiałem, kurwa, zadzierać głowę, aby móc spojrzeć chociażby na jego twarz, nie mówiąc już o oczach, które znów po prostu rozbierały mnie przed nim, bezczelnie wdzierając się do mojej duszy. Czułem, że zaraz się rozpłaczę. Nie, właściwie, to już miałem łzy w oczach, kiedy mnie poprosił. Poprosił mnie. Nikt nigdy nie prosił mnie o nic. Wszyscy brali co chcieli siłą. Ale, cholera, nawet jeśli użył tego słowa, ten pieprzony Samuel Evans i tak brał mnie siłą. Nie mogłem zaprzeczyć nawet jeśli chciałem. Nie mogłem mu odmówić. Po prostu nie potrafiłem.
    Nie zdążyłem odwzajemnić pocałunku, chociaż chciałem. Zaskoczył mnie zbyt bardzo, żebym zdołał to zrobić. A tak kurewsko chciałem odwzajemnić ten pocałunek. Chciałem, żeby to poczuł, żeby miał tego świadomość, ten pieprzony Samuel...
    — Kurwa! — Warknąłem wściekle, w złości kopiąc bosą stopą zakrwawioną kanapę. Przesunęła się o dobry metr, a ja nawet się nie skrzywiłem. Chciałem poczuć ten ból. Mało mnie to wszystko obchodziło. — Kurwa, kurwa, kurwa... kurwa...
    Nie wiedziałem, co robię, ale czułem, że po prostu płaczę. Przegapiłem moment, w którym z bezsilności usiadłem pod tą cuchnącą, brudną kanapą, aby skulić się niczym mały chłopiec i po prostu rozpłakać. Byłem właśnie takim małym, skrzywdzonym chłopcem, który nie wiedział dokąd iść ani gdzie szukać pomocy. Potrzebowałem pomocy. Potrzebowałem Samuela. A jednocześnie on stanowił mój największy problem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chowając głowę między podciągniętymi kolanami niemalże nie zauważyłem, jak ktoś wszedł do domu. Nie tylko bezczelnie głośno otwierał drzwi, ale i cuchnął nieziemsko. Wampirem. I nie był to Samuel.
      Natychmiast poderwałem się na równe nogi, ukradkiem ścierając płynące łzy. Nie kojarzyłem zapachu tego wampira, jednak pamiętałem go – to on był wtedy z Samuelem w klubie, tej nocy, kiedy zabrał mnie do siebie. Jechaliśmy jego samochodem. Białym jeepem. Albo czarnym? Nieważne. Ważne było to, że jego nagłe pojawienie się przywróciło moje lodowate spojrzenie, choć i tak w żaden sposób nie potrafiłem ukryć tego, że właśnie ryczałem jak jakiś gówniarz.
      Zacisnąłem palce w pięści. Tak mocno, że niemalże pokaleczyłem sobie wnętrze dłoni własnymi paznokciami. Właściwie, to chyba to zrobiłem, ale prędko je zaleczyłem. Miałem ochotę dowiedzieć się, co takiego ten popierdolony skurwysyn naopowiadał swojemu wesołemu koleżce, jednak nie to zabolało mnie najbardziej.
      "... mojego małego wampirka. Mój Sammy..."
      Słowa Toby'ego wręcz mnie zmiażdżyły. Nie wiedziałem, dlaczego, ale poczułem się wręcz wgniatany w ziemię. Brakowało mi powietrza w płucach. Nie mogłem oddychać. Ani wydusić słowa. Krew wręcz we mnie zawrzała, jakby znów była pełna tojadu. Pragnąłem po prostu rozerwać tego gnojka na strzępy. Zagryźć go na śmierć. Za to, jak nazwał Samuela. Mojego Samuela.
      — Naprawdę jesteś tak głupi, czy tylko udajesz? — Zapytałem chłodno, naciągając ukradkiem tęczową koszulkę na pośladki, aby nie rozpoznał, że mam na sobie bieliznę Evansa. — To nie twój interes — dodałem oschle. Kto go tu w ogóle zapraszał? Ta zjebana pijawka właśnie krzyżowała moje plany. Do tego wzbudził we mnie nieziemską ciekawość, która, choć początkowo wydała mi się nijaka, zaczęła nabierać na sile, szybko dając o sobie znać. — Zdradzisz mi, co takiego powiedział ci o mnie twój Sammy? — Zapytałem, wkładając do tego pytania tak wiele jadu, na ile było mnie stać.

      Don't you ever leave me alone
      be my shelter from the storm
      I am a sad boy

      Usuń
  38. Obserwowałem go uważnie, rejestrując każdy jego ruch, nie chcąc opuścić dosłownie niczego, najmniejszego gestu. Nie miałem zamiaru pozwolić dać się omamić temu wampirowi, co początkowo uważałem właśnie za jego cel. Prędko jednak znudziło mi się to, widząc, że ta pijawka po prostu pierdoli bez sensu, w pełnym przekonaniu, że robi to na mnie jakiekolwiek wrażenie. Nie robiło żadnego.
    Powoli minąłem go, aby zająć się zrobieniem herbaty, na którą miałem ochotę od dłuższego czasu. Whisky odrobinę się we mnie odzywało, ale tylko minimalnie. Nie była to dla mnie ilość, którą bym się upił. Nastawiłem wodę i zaraz obróciłem się do szatyna, siląc się na bezczelnie fałszywy, delikatny uśmiech. Wyglądałem dokładnie tak, jakbym miał jego słowa kompletnie gdzieś i po części tak było.
    — Pijasz może kawę? — Zapytałem uprzejmie, choć mój wyraz twarzy ochoczo ukazywał, że jawnie sobie z niego drwiłem.
    Mina zaraz mi zrzedła. Zacisnąłem palce na blacie, czując, że całe moje ciało momentalnie się spina. To nie tak, że nie wierzyłem w to, że Evansowi zaczęło na mnie zależeć. Ja po prostu nie dopuszczałem tej myśli do siebie. Negowałem jej prawdopodobieństwo, a raczej oczywistość, bowiem było to absolutnie logiczne. Nikt nie byłby tak głupi, żeby wielokrotnie pozwalać mi pakować się do własnego, spokojnego życia. Przynosiłem tylko same problemy i kłopoty, ja sam w całym swoim jestestwie byłem jednym wielkim problemem.
    — O czym ty pieprzy... — urwałem, mimowolnie zaczynając przypominać sobie te wszystkie razy, kiedy mnie pocałował... kurwa.
    Zdawałem sobie sprawę z tego, że podczas seksu ze mną mógł wielokrotnie pocałować mnie pod wpływem emocji, tak jak i ja jego, ale Evans, ten cholerny Samuel Evans, pocałował mnie nawet teraz, pięć minut temu, zanim stąd wyszedł. Na swoich ustach wciąż czułem czułość, z jaką to zrobił. Niemal zatrząsłem się, kiedy o tym myślałem.
    Nie zorientowałem się nawet, kiedy poczułem pod plecami zimną ścianę. Nie miałem bladego pojęcia, co tak bardzo podobało się w tym wampirom, że każdy z nich to ze mną robił. Czy to dlatego, że byłem tak niski? Nie wiedziałem.
    Obdarzyłem go spojrzeniem, które mówiło, że nasza relacja znajduje się daleko od przyjacielskiego stopnia. Skrzywiłem się mocno, ponieważ moje ciało było wciąż zmęczone i obolałe. Swoi gestem prędko sprowadził mnie ziemię z rozmyślań o Samuelu, dzięki czemu szybko odzyskałem wigor. Wiedziałem jednak, że nie jestem nawet w połowie tak silny, aby go od siebie odepchnąć. Jednakże szatyn był zdecydowanie niższy od Samuela, a pochylając się nade mną w ten sposób, mogłem bez problemu przegryźć mu gardło.
    — Coś o tym wiem — warknąłem ostrzegawczo, w geście charakterystycznym dla wilkołaków obnażając kły. Nie miałem zamiaru w żaden sposób dogadywać się z tym wampirem. Ani dalej spoufalać z Evansem. Musiałem jak najszybciej to zakończyć, jeśli chciałem wrócić do normalnego życia. O ile chciałem...
    Postanowiłem nie doprowadzać do bezpośredniego starcia między mną a tym wampirem. Jeszcze jedno jego słowo, a z pewnością by do tego doszło, jednak dźwięk otwieranych drzwi uratował sytuację.
    Zadrżałem na dźwięk głosu Evansa, dlatego jak gdyby nigdy nic zająłem się przygotowaniem herbaty i kawy dla Samuela. O szatynie pozwoliłem sobie zapomnieć, choć nie na długo. Obserwując ich miałem wrażenie, że patrzę na małe dzieci, a lepiej to ujmując, na kretynów. Toby doskonale wiedział, jak jego złośliwe gesty na mnie działały, dlatego ostentacyjnie spoufalał się z Samuelem na moich oczach. Ze wszystkich sił starałem się nie dawać po sobie tego poznać, jednakże zmuszony zostałem dać za wygraną w momencie, kiedy zamiast zalać wrzątkiem herbatę, rozlałem wodę na blat, boleśnie parząc sobie dłoń.
    — Kurwa — syknąłem, natychmiast odkładając czajnik. Spojrzałem na tę dwójkę, wymuszając paskudny uśmiech na swojej twarzy. — Cholernie miło mi poznać — rzuciłem, udając, że wcale nie mam ochoty rozszarpać Tobiasa żywcem.

    fuck off

    OdpowiedzUsuń
  39. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz byłem tak zdenerwowany. Złość wręcz ze mnie kipiała, razem z bezmiarem bezczelności oraz ironii. I chociaż to Tobias stanowił obiektem i powodem mojej złośliwości, w istocie to wszystko była wina Samuela. Tego pieprzonego Samuela Evansa. W tamtej chwili jeszcze nie wiedziałem, a raczej nie chciałem przyznać się do tego przed samym sobą, jednak byłem o niego cholernie zazdrosny. Marzyłem tylko o tym, żeby ten niebieskooki dupek w końcu stąd wyszedł.
    Machnąłem oparzoną dłonią, aby strzepać z niej resztki gorącej wody. Skóra piekła mnie paskudnie, sprawiając niemały ból. Wiedziałem, że musi minąć bolesna chwila, zanim ją zagoję.
    — Pierdol się — warknąłem bezczelnie do Tobiasa.
    Nie tolerowałem ani tego, w jaki sposób się do mnie zwracał, a tym bardziej tego, co do mnie mówił. Miałem ochotę wprost powiedzieć mu, że jeśli nie odsunie się od Samuela, to siłą go od niego oderwę. Jednak nie musiałem tego robić. Evans sam do mnie przyszedł.
    — Puszcza... — chciałem zaprotestować, jednak jedynie syknąłem cicho z bólu, kiedy wcisnął moją dłoń pod strumień wody. Nawet jeśli chciałem z nim walczyć, opierać się mu, to nie tylko miał nade mną fizyczną przewagę, ale i mentalną. Po prostu nie potrafiłem mu się opierać w żaden sposób.
    Zimna woda łagodziła moją poparzoną skórę i uśmierzała ból, a ja odetchnąłem głośno z tego powodu. Zaraz skupiłem się na wyleczeniu tych drobnych oparzeń, przysłuchując się kolejnej jakże interesującej rozmowie. Pomyślałem o tym w sposób ironiczny, jednak, wbrew pozorom, słowa Tobiasa naprawdę mnie zaciekawiły. Zastanawiałem się, w jaki sposób, a raczej czym żywi się Samuel – czy polował na zwierzęta, a może na ludzi? Do tej pory zakładałem, że spożywał zapakowaną krew, tak jak spora część wampirów, które znałem, jednak nie wydawało mi się, żeby Tobias proponował wspólne pociągnięcie z torebki.
    Kiedy wampir zniknął z mojego pola widzenia, a ty samym spod dachu Samuela, poczułem się nieco bezpieczniej. Wreszcie zabrałem dłoń z uścisku Evansa, wycierając ją prędko. Była już w pełni zdrowa.
    — Myślisz, że mnie to obchodzi? — Zapytałem Samuela, tylko przez chwilę patrząc na jego twarz. Gdybym choć odrobinę dłużej wpatrywał się w jego oczy, z pewnością odkryłby, że jednak mnie to obchodziło. Prędko powycierałem wrzątek z blatu i doprowadziłem to miejsce do porządku, w którym je zastałem. — Cokolwiek — mruknąłem pod nosem w odpowiedzi, siadając z kubkiem pełnym herbaty przy tym cholernie wysokim stole, którego tak bardzo nienawidziłem.
    Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem odpowiadać na pytania Evansa. To był jawny zwiastun tego, że działo się ze mną coś zdecydowanie złego.
    Upiłem trochę herbaty, zanim rzuciłem się na kanapki. Tak jak zawsze, siedząc w kuchni Evansa, byłem cholernie głodny. Zacząłem pochłaniać je bez zastanowienia, nie zwracając większej uwagi na to, co tak naprawdę jadłem. Postanowiłem wstrzymać się z odpowiedzią, dopóki nie najadłem się w pełni i nie przeżułem ostatniego kęsa, wycierając usta i dopijając herbatę. Powiedzenie "głodny jak wilk" w moim przypadku było wyjątkowo trafne.
    — Lepiej — powiedziałem, ściskając kubek w dłoniach. W moim głosie można było wyczuć jakąś nieznaną nutę, nieznaną nawet mnie. To było coś nad wyraz niepokojącego. Przerażało to nawet mnie samego. — Zdecydowanie lepiej... — spuściłem wzrok, nie mogąc znieść jego spojrzenia. Jego obecność była dla mnie wyjątkowo trudna. Przez chwilę czułem, że chyba się denerwuję, jednak to przecież nie mogło być możliwe. To by oznaczało, że w jakiś sposób zależało mi na Samuelu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dziękuję ci — wydusiłem wreszcie. Sam nie wierzyłem w to, co właśnie powiedziałem, ale tak, zrobiłem to. Nie miałem już korony, która mogła spaść mi z głowy. Z powodu tego wampira straciłem już wszystko. — Dziękuję ci, za to, że się mną zająłeś, chociaż nie miałeś takiego obowiązku. Ale nie martw się, już nigdy nie będziesz musiał tego robić. Obiecuję — dodałem, zanim zsunąłem się powoli z krzesła.
      Nie spiesząc się zbytnio, zajrzałem do salonu, aby wziąć swoje buty. Stamtąd zerknąłem na Samuela.
      — W mojej marynarce są pieniądze, powinny wystarczyć na zrekompensowanie szkód związanych z kanapą, czy cokolwiek — mruknąłem. — A moje ubrania możesz wyrzucić. I tak nie nadają się do niczego.
      Nie wiedziałem dlaczego, ale chciałem się uśmiechać. Tak bardzo pragnąłem uśmiechnąć się i po prostu wybuchnąć śmiechem, a byłem świadom tylko tego, że byłby to śmiech pełen rozpaczy. Nie wiedziałem także, czemu tyle gadałem, wręcz nawijałem jak najęty, zupełnie nie przejmując się tym, że Evans może w ogóle mnie nie słuchać.
      Powoli ruszyłem do drzwi, po raz ostatni zerkając na Samuela. Miałem gdzieś to, że byłem ubrany jedynie w jego bokserki i tę tragiczną koszulkę. Pełnia była wyjątkowo blisko, a ja odzyskałem już znaczną część sił, dlatego wiedziałem, że przemiana nie będzie problemem. Musiałem stąd wyjść. Musiałem stąd wyjść, jak najszybciej, ponieważ czułem, że lada moment zwyczajnie się rozpłaczę.
      — Przepraszam, że tak namieszałem w twoim życiu — rzuciłem na odchodne, sięgając w stronę klamki. — Cześć.

      I'm crying
      Missing my lover

      Usuń

  40. Chciałem uciec z tego miejsca jak najszybciej. MUSIAŁEM uciec jak najszybciej. Wiedziałem, że ten brak pośpiechu będzie kosztował mnie bardzo wiele. I nie myliłem się.
    Sięgałem do klamki, kiedy poczułem jego uścisk na swoim ramieniu. Moja dłoń niemalże natychmiast uniosła się, wędrując wprost do jego twarzy, jednak znieruchomiałem. Zamarłem w całości, ponieważ napotkałem jego spojrzenie. Objął moje policzki dłońmi, a ja już wtedy byłem po prostu z ł a m a n y. Łamałem się na oczach Evansa, to on w zaledwie ułamek sekundy rozbijał tę skorupę, ten mur, który wokół siebie zbudowałem, aby, broń Boże, nikt nigdy do mnie nie dotarł. Ale ja nie wierzyłem w Boga. I to właśnie chyba było moją karą.
    Wpatrywałem się w jego oczy, wiedząc, że lada moment pęknę całkowicie. Moje serce pęknie i zwyczajnie rozsypie się niczym popiół, zamiast rozpaść się na kawałki. Było już zbyt bardzo zniszczone, aby cokolwiek więcej mogło z niego zostać. Dlatego musiałem się bronić.
    — Zamknij się. Nie praw mi morałów — wyszeptałem, już prawie przez łzy. Chwyciłem go za nadgarstki, chcąc zabrać jego dłonie ze swojej twarzy, ale on tylko przesunął je na moją szyję. Zadrżałem. — Odsuń się... — warknąłem ostrzegawczo, jednak wcale nie musiałem udawać groźnego. Evans, o dziwo, posłuchał się mnie.
    Nie spodziewałem się, by kiedykolwiek czyjekolwiek i jakiekolwiek słowa zabolały mnie tak mocno, jak słowa Samuela. Fizycznie poczułem, jak zatrzymuje mi się serce, a łez w oczach nagle pojawiło się tak wiele, że siłą rzeczy musiały spłynąć po mojej twarzy. Ale on już nic sobie z tego nie robił. Śmiał się. Jego uśmiech mnie bolał. Jego śmiech mnie bolał. Krzywdził mnie właśnie tak cholernie mocno, że niemalże czułem fizyczny ból. Ale wiedziałem, że ja krzywdziłem go jeszcze bardziej. To ja byłem tutaj jedynym i prawdziwym potworem.
    — Nie chcę nic od ciebie — wtrąciłem się Samuelowi w słowo, cofając się o krok w tył, aby poczuć zaraz za plecami drzwi. Wpatrywałem się w pieniądze, które wyciągał w moją stronę, ale nie miałem zamiaru ich wziąć. Nie chciałem ich. Były brudne. Tak jak i ja cały. — Przestań sobie ze mnie drwić! — Wrzasnąłem przez łzy.
    Nie byłem w stanie znieść kolejnego jego słowa. Jego śmiech, sposób, w jaki do mnie mówił, to, o czym do mnie mówił...to, jak na mnie patrzył. W tamtym momencie czułem się tak bezbronny i bezsilny, jak podczas odurzenia tojadem i narkotykami. Nie byłem w stanie zrobić nic prócz tego żałosnego, gorzkiego płaczu i tej zakłamanej nienawiści. Nie nienawidziłem Samuela. Coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że było mi tak ciężko wyjść z tego domu, ponieważ ja... ja chyba...
    — Nigdy nie zechcę tu wrócić — skłamałem. Kłamałem cały czas. Każde moje słowo było kłamstwem. Ja sam nim byłem. Jednym wielkim oszustwem.
    Ostatni raz spojrzałem na niego tym wzrokiem pełnym łez. Pragnąłem zapamiętać każdy element jego twarzy, najdrobniejszy szczegół, chciałem go zapamiętać, jednak... nie takiego. Ten Samuel nie chciał już mnie tu widzieć. Chciałem móc po raz ostatni ujrzeć jego czuły uśmiech i to ciepłe spojrzenie, ale wiedziałem, że to niemożliwe.
    Rozpłakałem się jeszcze bardziej, kiedy wreszcie wyszedłem.

    Come, husk my limbs on the floor.

    OdpowiedzUsuń