21 kwietnia 2017

Just stop your crying, it’s a sign of the times


Przekręcasz się na plecy, otwierasz oczy i uśmiechasz się, gdy czujesz na swojej twarzy promienie słoneczne. Trochę rażą cię w oczy, ale to nic, uwielbiasz to. Zawsze potrafiłeś cieszyć się z prostych rzeczy, przez co ludzie często nazywali cię naiwnym głupcem. Ale tobie daleko do niewinności. Dalej, niż niektórym się wydaje. Przy okazji przypominasz sobie ostatnią rozmowę ze swoim starym przyjacielem. Na pytanie o twój wiek odpowiedziałeś, że już dawno przestałeś liczyć. Jesteś już stary, ale wciąż nie nauczyłeś się kłamać, S. Nagle uświadamiasz sobie, że ostatnio wszystkie dni zlewają się w jedno. Masz wrażenie, że wszystko stoi w miejscu, choć przecież świat prze do przodu. Zastanawiasz się, czy powrót do Mystic Falls miał jakikolwiek sens. Ostatnio byłeś tu bardzo dawno temu. Ludzie, których kiedyś znałeś, w większości już nie żyją - pomijając tych, którzy tak jak ty są potworami. A jednak coś cię tu trzyma. Coś, czego tak do końca nie potrafisz zrozumieć. Poddajesz się temu, bo nic innego ci nie pozostało. Jesteś sam, jesteś bardziej samotny niż zdajesz sobie z tego sprawę, ale uśmiechasz się, w myślach po raz milionowy wahając się, czy to aby nie idealny dzień, by w końcu odejść.
Samuel Evans
1 stycznia 1642, Lancaster — 3 września 1666, Londyn — Soul Avery
wampir — od niedawna nauczyciel historii w MFHS



Cześć! Razem z Samem jesteśmy chętni na wątki oraz powiązania. Evansowi na pewno przydałby się ktoś z przeszłości - jakiś przyjaciel, wróg(?), więc jeżeli znajdzie się ktoś chętny, to zapraszam.
Z racji tego, że mam ograniczony czas na pisanie, odpisy będą pojawiać się wieczorem lub w nocy.
W tytule Harty Styles i jego Sign Of The Times, a wizerunek nieznany.

PS Kocham Leviego (i jego autorkę też - gdyby nie ona, nie miałabym takiej pięknej karty) 

15 komentarzy:

  1. [Oh, nauczyciel! W takim razie wątek z uczennicą obowiązkowo musi być :D Także serdecznie zapraszam, a także witam wśród nas i życzę dobrej zabawy! A zdjęcie przepiękne, nie mogę oderwać wzroku *,*]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  2. [Karta faktycznie jest ładna ;) niestety nie mam pomysłu, jak powiązać nasze postacie. Trzeba by coś wymyślić,o!]

    Lawrence

    OdpowiedzUsuń
  3. [Gdy tylko przeczytałam, że Samuel to nauczyciel w MFHS, to w mojej głowie od razu zaswieciła się lampka. Myślę bowiem, że uda nam się stworzyć ciekawe powiązanie :) Matilde jest uczennicą MFHS, ale że niedawno została przemieniona w wampira, to nie uczęszcza do szkoły. Rodzice są przekonani, że jest na wycieczce szkolnej, która faktycznie ma miejsce i szczęśliwie zbiegła się w czasie z przemianą, więc Matilde ma wymówkę. Samuel, znając ją ze szkoły, mógłby zobaczyć ją jednak w miasteczku i tak o wszystkim by się dowiedział. Później może mógłby jej pomóc w powrocie do szkoły?
    A tak poza tym to cześć, zostań z nami na długo! :)]

    MATILDE HARGOVE

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Uu, pan profesor. Szkoda, że mój pan nie chodzi do szkoły :c Mimo to zawsze można wymyślić coś ciekawego, czyż nie? ;> Jestem otwarta na wszystkie propozycje, o jakaś relacja z przeszłości na przykład. W końcu Blaise też jest potworem. ]

    Blaise

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć. Ładna krata, ciekawy pan, świetny html :D No co mogę więcej powiedzieć? Wątków, weny oraz czasu ci życzę :)
    W razie jakiejkolwiek chęci to zapraszam do siebie. Może coś się wymyśli ciekawego?]

    Wołodia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Witam ślicznie na blogu! Mam nadzieję, że świetnie będziesz się tutaj bawić! ]

    Kol

    OdpowiedzUsuń
  7. [Chętnie przygarnę jakiś ciekawy wątek i powiązanie, jeśli również masz ochotę. Myślę, że nasze postaci w jakiś sposób znalazłyby wspólny język. Życzę dobrej zabawy. c:]

    Jeremy Holliday

    OdpowiedzUsuń
  8. Odłożyłem filiżankę na stół. Fajans stuknął cicho o drewno, przerywając nieznośne milczenie pustego mieszkania. Zawsze tak okrutnie milczało, tak długo, jak byłem tu tylko ja. Ciemne, puste, chłodne. Przynajmniej czyste, w końcu wycieram kurz z każdego zakątka trzy razy dziennie.
    Spoglądam w ciemną herbatę. Nawet nie wiem, kiedy zrobiła się taka zimna, jednak to mało istotne. Mierzi mnie widok własnego odbicia w czarnej tafli. Tak jak za każdym razem, nie było zbyt lśniące, o ile w ogóle. Nigdy nie było. Powoli przenoszę znudzony wzrok na okno, za którym spodziewam się go dojrzeć, w końcu zawsze wraca drogą z tej strony posesji. Odliczam w myślach sekundy, bowiem zawsze bywa punktualny. Drgam nieco na krześle, delikatnie się podnosząc, kiedy go widzę. Jak co dzień przechodzi przez dziurę w płocie, którą mieliśmy załatać miesiąc temu, ponieważ nie chce mu się dochodzić do furtki. Podchodzi do okna, przy którym siedzę, aby w nie zastukać, a ja posyłam mu czuły uśmiech, prędko pędząc do drzwi. Moment, w którym je otwieram, zamazuje się, bowiem zaraz czuję jego dłonie na swoim ciele, jestem dociskany do ściany, jego pocałunki zapierają mi dech w piersiach.
    Ale przecież to tylko sen.
    Czuję dłonie na swoim ciele, jestem dociskany do łóżka, te obrzydliwe pocałunki zapierają mi dech w piersiach. Wszystko zamazuje się, a ja zastanawiam się, ile tego pieprzonego tojadu pozwoliłem w siebie wcisnąć. Nie tylko tojadu. Wciąż nie mam pojęcia, czym to było, pomimo tego, że właśnie przez to stopniowo zaczynam tracić zmysły. Doskonale wiedzą, co mi podali, wykorzystują to najlepiej jak potrafią. Wciąż jestem w pełni przytomny, choć bezsilny zupełnie jak dziecko. Przestaję odróżniać wszelkie doznania, jest ich zbyt dużo, zbyt wiele na raz. Ból i przyjemność zawsze szły ze sobą w parze, a razem z nimi pieniądze, w końcu tylko po to tu jestem. Biorę to z czystą myślą, bez żadnych wyrzutów sumienia, dawniej tego nie potrafiłem.
    Jest mi z tym zaskakująco dobrze.
    Zapinam krzywo koszulę, niekoniecznie poprawnie operując własnymi palcami. Zaciskam palce na brudnych, wilgotnych pieniądzach i wciskam je do kieszeni marynarki, zaraz zarzucając ją na ramiona. Z obrzydzeniem czuję, jak ubrania przyklejają się do mojego brudnego ciała, ale przecież wystarczyło dojść do domu i jak najprędzej zmyć to z siebie. Taki przynajmniej miałem plan.
    Wciąż nie wiem, co poszło nie tak.
    Nie mam pojęcia, która godzina wybiła, nie jestem w stanie nawet stwierdzić, gdzie tak naprawdę się znajduję. Moje zmysły mnie zawodzą, węch nie potrafi wychwycić żadnego zapachu, wzrok ogarnia czerń, czerń jeszcze ciemniejsza niż noc. Chyba leżę, gdzieś na chodniku, bowiem czuję zimną zimny beton, chociaż szczerze nie wiem, kiedy upadłem. Czuję także smak krwi w ustach, obezwładniający ból każdego skrawka ciała, wszechogarniające gorąco, które wręcz wypala mnie od środka. Tojad, zdołałem stwierdzić, nim oczy same mi się zamknęły. Nie chciałem zasypiać, ale chyba nie miałem wyjścia. Byłem po prostu zbyt zmęczony, ale i tak miałem zamiar przekląć za to samego siebie.

    |ja i mój żałosny początek

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten sen był zmorą. Pieprzoną zmorą, ale tak cholernie trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście był snem. Czułem pod sobą twardy, zimny beton, który delikatnie chłodził moje rozpalone ciało. To pieprzone anty-wilkołacze zielsko nie tylko mnie osłabiało, negując wszelkie jakże ułatwiające przeżycie zdolności, ale i powodowało stan podobny do gorączki, przez który długo nie potrafiłem się pozbierać. Rzeczywistość rozmywała się, czułem i widziałem urywkami, pomiędzy momentami, kiedy zamykałem oczy i nie czułem już nic.
    Za którymś mrugnięciem chodnik zmienił się w ciepłe, silne ramiona, ale w tamtej chwili nie potrafiłem ocenić, kiedy to nastąpiło i dlaczego ktokolwiek odważyłby się dotknąć tak brudnego, sponiewieranego ciała. Czułem jeszcze równie ciepłe, miękkie, chyba łóżko, ale jego komfort także nie pozwolił mi pobudzić zmysłów do działania. A potem znów zasnąłem. Zdecydowanie na dłużej, tak mi się wydaje.
    I ponownie to łóżko, miękkie i ciepłe. Nie otwierałem oczu przez dłuższą chwilę, ale czułem delikatne, pierwsze promienie słońca na swojej bladej, piegowatej twarzy. Nie miałem absolutnego pojęcia, gdzie byłem ani jak się tu znalazłem, ale niewątpliwie musiałem jak najprędzej to odkryć.
    Nie czułem już bólu, zresztą, tak było zawsze; działanie tojadu przeminęło. Tak jak ból, ustała i gorączka, jednakże jedno wciąż pozostawało niezmienne, tak jak każdego dnia: uczucie wszechogarniającego brudu, który czułem na sobie każdym skrawkiem ciała.
    Poczułem także zapach. Zapach tego brudu. Oczyszczone z tojadu zmysły znów były ponadprzeciętnie czułe, ale, cholera, nie spodziewałem się aż tak cuchnąć. Zapach potu i spermy zdecydowanie nie należał do moich ulubionych, przekleństwa już cisnęły mi się na usta, kiedy nagle poczułem jeszcze inną woń. Woń wampira.
    Natychmiast poderwałem się do siadu, otwierając szeroko oczy. Odrobinę za szybko, bowiem wciąż odzyskiwałem przytomność; wzrok mi się zamazywał, jednak potrafiłem dojrzeć tę jedną sylwetkę w promieniach słońca. Poczułem ukłucie w sercu. Cholernie mocne. Te jasne włosy i te zielone oczy. Z całą pewnością miałem zwidy, bo to nie mogła być rzeczywistość. Przecież nie pomyliłbym tych oczu z żadnymi innymi. Ale jego już tutaj nie było, nie na tym świecie, kurwa mać. Może jednak tojad nie przestał działać?
    — Charlie? — Wykrztusiłem, a mój głos jeszcze nigdy nie brzmiał mi tak obco. To pewnie przez wciąż utrzymujący się smak krwi oraz nasienia w ustach, który razem z suchością, dawał okrutne połączenie. I może też trochę przez niedowierzanie, choć usilnie starałem się sprowadzić samego siebie na ziemię. Charles nie żył, a w tym pokoju wszędzie cuchnęło wampirem.
    Pościel zsunęła się z mojej piersi, a ja dopiero wówczas zdałem sobie sprawę z tego, że byłem nagi. Dokładnie wtedy, kiedy dreszcz zimna przeszył moje nagie plecy, na których jeszcze wczoraj widniała masa siniaków i szkarłatnych pręg. Dziś nie pozostało już po nich nic.
    Właśnie ten dreszcz rozbudził mnie całkowicie, dzięki niemu zdołałem odzyskać ostrość wzroku, by z świadomością grzechu, jakim było wypowiedzenie jego imienia, ponownie przyjrzeć się jasnowłosej postaci. Czułem, że życie sobie ze mnie kpi, ten wampirzy odór uderzał we mnie coraz silniej, a jakby tego było mało, nie potrafiłem zdzierżyć spojrzenia tych jasnozielonych oczu, które były mi tak miłe. Kimkolwiek był ten wampir, nie był Charliem, a ja wciąż nie wiedziałem gdzie jestem, co się stało, dlaczego właśnie prawie oszalałem.

    |znowu ja :<

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciarki smagały moje odkryte plecy, kiedy czułem na sobie to spojrzenie. Odwzajemniałem je równie bez skrupułów, jednak znacznie agresywniej. Wpatrywałem się w niego zimno, pragnąłem przebić go na wylot spojrzeniem własnych, ciemnych jak noc oczu, jednak zaskakująco słabo mi to wychodziło. Z kolei jego oczy peszyły mnie. Ich zieleni nie dało się pomylić z żadną inną, tak jak tych jasnych włosów. Tylko delikatnie się kręciły, tylko były nieco ciemniejsze. Tylko. A zarazem tak identyczne. Ale to nie był Charlie. W żadnym wypadku.
    Przegapiłem moment, w którym łzy wypełniły moje oczy. Zdołałem powstrzymać je w porę, nim zaczęły płynąć, nie mogłem pozwolić sobie na chwilę słabości, nie w obecności obcego. Pomimo tych łez, utrzymywałem kamienne oblicze, szczególnie wtedy, kiedy się do mnie zbliżył. Słuchałem jego słów uważnie, choć prawdę powiedziawszy, mało mnie obchodziły. Szczególnie dokładnie przeanalizowałem jego imię, natychmiast je zapamiętując i powtarzając w myślach. Próbowałem skojarzyć je z czymkolwiek, jednak nie udało mi się to. Cholera.
    Powoli drgnąłem na łóżku, chcąc ocenić sprawność moich kończyn. Wyglądało na to, że wszystko było z nimi w porządku, tak jak z całym moim ciałem. Niezbyt poruszał mnie fakt, iż obcy krwiopijca oglądał je i pozostawił mnie nagiego. Obnażałem się każdego wieczoru, a on nie był wyjątkiem. Evans.
    — Myślisz, że zrobiłeś dobry uczynek? — Zapytałem chłodno, sięgając po pieniądze.
    Mój głos diametralnie różnił się od tego, którym rozpaczliwie próbowałem zawołać Charliego. Wymazałem z niego wszelkie emocje, jakie mogły towarzyszyć mi w tej chwili. Nie miałem zresztą w czym za bardzo wybierać.
    — Było mi zaskakująco dobrze na tamtym chodniku — zadrwiłem. Przeliczałem przy okazji banknoty, nie poświęcając wampirowi większej atencji niż dotychczas. Odłożyłem je na powrót ze spokojem na szafkę, ponownie zerkając na blondyna. Evansa. — Szczególnie, że było tam czyściej niż tu.
    Moja uwaga nie była zbyt trafna, i choć zapach kurzu gryzł mnie w nozdrza, wiedziałem, że najbrudniejszym elementem pomieszczenia byłem właśnie ja. Zsunąłem się powoli z łóżka, kładąc stopy na chłodnej podłodze. Zdecydowanie potrzebowałem kąpieli, zdecydowanie jak najszybciej. Tak, mogłem po prostu zabrać się stąd i udać do domu, jednak w takim stanie brzydziłem się nawet patrzeć w lustro, nie mówiąc już o pokazywaniu ludziom na ulicy.
    Choć powinienem być wdzięczny, nie szanowałem jego przychylności. Nie potrafiłem. Bez słowa minąłem go w drodze do łazienki, wciąż tak samo nagi i tak samo niski. Przechodząc obok zapragnąłem zatrzymać się, aby porównać nasz wzrost, jednak przekląłem za to samego siebie w myślach. Nie chciałem zacząć nienawidzić siebie bardziej niż już to czyniłem, jednak chyba było to nieuniknione.
    — Będę wdzięczny — dodałem, zanim uciekłem od jego spojrzenia do łazienki.
    Chyba uznałem, że powinienem to powiedzieć, choć w istocie naprawdę nie chciałem za nic mu dziękować. Evansowi.

    |naprawde zle wyszlo.

    OdpowiedzUsuń

  11. Dosłownie czułem, jak podnosi mi się ciśnienie. I choć nie ośmieliłem się wrócić do pokoju, subtelnie rąbnąłem pięścią w drewniane drzwi, zostawiając na niech swoisty podpis.
    — Nie jestem dzieckiem, pieprzony pasożycie! — Warknąłem, nie kryjąc własnej irytacji. To był poważny błąd.
    Nie powinienem komukolwiek pozwalać odkryć tego, że można było mnie zranić w jakiś sposób. Jakikolwiek. Nikt nie powinien znać moich słabości, tym bardziej wampir, któremu i tak wisiałem dług wdzięczności za uratowanie życia. Zdawałem sobie sprawę z tego, że gdyby nie on, mogłem zostać czyjąś przekąską. Innego pasożyta. Nie okazywałem tej wdzięczności i nie miałem zamiaru, a ten krwiopijca zdecydowanie powinien zacząć uważać na to, jakie gówniane słowa wypuszczał ze swojej gównianej gęby.
    Prysznic nieco mnie wyciszył. Wiedziałem, że nawet najgorętsza woda nie wyparzy ze mnie tego brudu, którego piętno zostało na mnie silnie odciśnięte. Zawsze kąpałem się we wrzątku, w nadziei, że za którymś razem może się uda. Ale nigdy się nie udawało. Mogłem czuć się jedynie fałszywie czysty, co nie spełniało moich oczekiwań w żadnym stopniu.
    Nie miałem zamiaru dyndać na łasce tej bezczelnej pijawki. Niemniej jednak wolałem paradować w jego otoczeniu mniej obdarty z godności, nawet jeśli miała to być najpodlejsza koszulka, którą mu zaoferował. W pierwszej sekundzie po jej ujrzeniu wiedziałem, że uczynił to celowo. P i e r d o l o n y E v a n s. Ubrałem to, powiększając swój zasób słownictwa o nowe, nieistniejące jak dotąd przekleństwa. Byłem zaskakująco dobrym poetom, szczególnie, kiedy w grę wchodziły neologizmy.
    Dłuższą chwilę wpatrywałem się w lustro w łazience. W milczeniu obserwowałem, jak pojedyncze krople spadały z mokrych włosów i wsiąkały w pstrokatą koszulkę. Wpatrywałem się we własne oczy, czarne jak noc, starając się w jakikolwiek sposób przypomnieć sobie, w którym momencie życia tak bardzo się stoczyłem. Czułem, że gdybym spotkał teraz siebie na ulicy, nie polubiłbym siebie ani nie zechciałbym nawiązywać ze sobą znajomości. Na pewno nie z takim spojrzeniem.
    Podobnym spojrzeniem obdarzyłem tego j e b a n e g o E v a n s a, kiedy wreszcie pojawiłem się w kuchni. Nie upadłem jeszcze tak nisko, aby zakładać te poniżająco za duże spodnie, dlatego do pomieszczenia wcisnąłem się tylko w tych czarnych bokserkach, które wisiały na moim tyłku niczym szorty, a także koszulce, która, dzięki Bogu, właśnie to zasłaniała. Chude palce zaciskałem na mokrej szmacie, z której zdołałem skorzystać już w tamtej zakurzonej sypialni. Wiedziałem, że gdziekolwiek pójdę, nie będzie tam lepiej.
    Nabijał się ze mnie. Nabijał się, czułem to namacalnie, fizycznie, każdym fragmentem własnego ciała. Nie uraczyłem go żadną odpowiedzią, a jedynie bez słowa wspiąłem się na kuchenny blat, aby stojąc na palcach, ścierką przetrzeć szafkę ponad głową wampira. Następnie niemalże wcisnąłem mu ją w twarz.
    — Czy twoim zdaniem jest to czyste? — Zapytałem zimno, patrząc na niego ciężko z góry. Przynajmniej w tej sytuacji mogłem być chociaż odrobinę wyższy niż w rzeczywistości, ale nawet stojąc na blacie, wcale wiele go nie przewyższałem.
    Mój wzrost bynajmniej nie ubliżał mojemu spojrzeniu, które, z całą pewnością, gdyby tylko mogło, mordowałoby. Mordowałoby, a ja byłbym mordercą, patrzącym na truchło tego p i e p r z o n e g o E v a n s a. Jakbym już nim nie był.

    |nie umiemy przeklinać

    OdpowiedzUsuń
  12. Czułem doskonale jego spojrzenie na swoim ciele. Niezbyt mnie to peszyło. Podejrzewałem, że wampir zatrzymał wzrok na moich patykowatych, pełnych blizn, gładkich nogach, w celu zwrócenia na ich temat jakiejś kąśliwej uwagi. Osobiście na pewno bym tak zrobił, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego, bezceremonialnie wyrwał mi ścierkę z ręki, a przecież jeszcze nie skończyłem tu sprzątać. Bezczelny sukinkot.
    Wnet poczułem jego silne ręce obejmujące moja biodra. Chwycił mnie w pasie, aby zdjąć mnie z blatu a ja wówczas byłem pewien, że go po prostu zabiję. Teraz, zaraz. Wiedziałem, że do podniesienia mnie nie używa żadnej nadludzkiej siły, w końcu ważyłem tylko te pieprzone czterdzieści pięć kilogramów. Dlatego dojrzałem dla siebie szansę ucieczki. Już miałem wyrwać się z jego uścisku, kiedy uderzyłem plecami w ścianę. W tamtym momencie już wiedziałem, że znalazłem się na przegranej pozycji, choć wciąż dziecinnie próbowałem dokonać niemożliwego, starając się szarpnąć rękoma. Ale, cholera, był za silny. Zdecydowanie za silny, a ja byłem tylko słabym wilkołakiem, który mógł pochwalić się jedynie faktem, jak szeroko potrafi rozkładać nogi.
    Jego uścisk dotkliwie mnie bolał, choć Evans pewnie nie był tego świadomy. W końcu wilkołaki powinny być niewrażliwe na ból, jednakże ja, odkąd tylko pamiętam, stanowiłem wyjątek od tej reguły. Bolesny wyjątek.
    Odczuwałem przemożną ochotę splunięcia mu prosto w twarz i byłem tego naprawdę bliski, dopóki nie przysunął twarzy jeszcze bliżej mojej własnej. Wciąż nie wiem, dlaczego, ale wówczas wstrzymałem oddech, bojąc się choćby drgnąć. Jakieś dziwne, nieprzyjemne uczucie wypełniło mnie całego, to uczucie sprawiało, że zapomniałem, jak się oddycha, a czując jego oddech na swoich ustach, po prostu drżałem niekontrolowanie. Pomimo tego byłem w stanie wciąż obdarzać go lodowatym spojrzeniem, wpatrując się prosto w te zielone oczy, które zaglądały wgłąb mojej duszy. Wciąż i wciąż nie mogłem odpędzić od siebie myśli, że były tak cholernie podobne do jego oczu. Tylko delikatnie jaśniejsze, jednak wciąż takie same. Powoli zaczynałem w nich tonąć, topić się, kiedy wreszcie odsunął się ode mnie. Tak naprawdę żadne jego słowo nie dotarło do mnie, a połowę zdołałem już zapomnieć.
    Nie miałem zamiaru opuszczać tego miejsca, chociaż powinienem. Zdecydowanie wolałem poruszać się w nocy, niż za dnia, a i nie zamierzałem ruszać się stąd bez odzyskania mojej marynarki. Pieprzyć koszulę i spodnie. Miałem takich dziesiątki. Marynarka była jedyna w swoim rodzaju.
    — Herbatę — powiedziałem jedynie, nim podstawił filiżankę pod ekspres. Nie pijałem kawy. Nigdy tego nie robiłem. Była obrzydliwa.
    Byłem zaskoczony faktem, w jaki sposób udało mu się przygasić mój temperament. Jeszcze chwilę temu byłem pewien, że rozszarpię go gołymi rękoma, kiedy tylko mnie puści, jednak teraz usiadłem grzecznie przy stole, przeczesując palcami wciąż mokre włosy. I obserwowałem go. Po prostu.


    |Rivaille

    OdpowiedzUsuń
  13. Gdyby ktoś, ktokolwiek, powiedziałby mi kiedyś, że któregoś poranka w swoim życiu będę jadł jajecznicę w tęczowej koszulce za dużej o trzy rozmiary oraz w towarzystwie wampira, wyśmiałbym tę osobę. Wyśmiałbym, a do tego obrzucił wyzwiskami, o jakich nawet mi się nie śniło. A jednak siedziałem tu, przy tym stole, a żeby przy nim usiąść, musiałem wręcz wspiąć się na to cholernie wysokie krzesło, gdzie bose stopy dyndały mi dobry metr ponad podłogą. Cudownie. Naprawdę sądziłem, że lada moment go zabiję. Testowałem swoją cierpliwość, która, jak dotąd, okazywała się iście anielską.
    Skinieniem głowy podziękowałem za herbatę, ponieważ słowo "dziękuję" nie figurowało w moim słowniku. Starałem się przymknąć oko na fakt, iż podał mi napar w kubku, a nie filiżance. Postanowiłem przemilczeć ten temat. Chwyciłem kubek lewą ręką nie za uchwyt, lecz od góry; przysunąłem go do ust w miejscu wolnej przestrzeni pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Jednocześnie właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że z każdą chwilą pozwalałem temu wampirowi odkrywać coraz więcej informacji na mój temat. Na pewno zauważył, że miałem słabszą prawą rękę, skoro po wszystko sięgałem lewą. Mógł to jeszcze wykorzystać przeciwko mnie. Gdyby znowu planował mnie obezwładnić. Szlag by go wziął.
    Upiłem łyk wrzątku, który wcale nie był tak obrzydliwy, jak podejrzewałem po taniej, popularnej firmie. Powoli odstawiałem kubek, kiedy ten pieprzony Evans użył tego pieprzonego słowa tabu. Wówczas prawie go oplułem, czego do tej pory strasznie mi wstyd. Zdążyłem zasłonić usta dłonią, co niezbyt zmieniło fakt, iż musiałem później powycierać ją w swoją nową, wesołą koszuleczkę.
    — Jeszcze raz, a cię ugryzę — warknąłem, choć wiedziałem, że wampir średnio przejmuje się moimi słowami, jak i moim spojrzeniem. Wciąż nie wiedziałem, jakim cudem je znosi. Wszyscy zawsze odwracali prędko wzrok, a on twardo się trzymał, nawet nie mrugając. Zdecydowanie był godnym mnie przeciwnikiem. — Levi — dodałem ciszej.
    Jajecznica przyciągała mnie do siebie swoim zapachem, jednak nie chciałem jej ulec. Nie chciałem ulegać Evansowi. Mój żołądek skręcał się z głodu, a ja zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje, skoro poprzedniego wieczoru najadłem się tak ogromnej ilości tojadu i ejakulatu.
    W końcu jednak uległem, sięgając po wciąż ciepły tost ponownie lewą ręką, aby zaraz pochłonąć go w ciszy. W milczeniu przyjąłem kolejne pytanie wampira. Wiedziałem, że w końcu o to spyta, a ja, wciąż siedząc w jego domu, dawałem mu na to niezliczoną ilość okazji. Jednakże nie odpowiedziałem, dopóki nie zjadłem całego pieczywa i nie popiłem go herbatą. Tym razem nie zamierzałem już nią pluć.
    — Na czymś muszę zarabiać — odparłem spokojnie, wycierając okruszki kciukiem z kącików ust. Wciąż został tam jeden, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. — Wampiry szczególnie to lubią — przyznałem mu rację. Nie wiedząc czemu, nagle zamilkłem, a moja dłoń w odruchu powędrowała do szyi. Musnąłem palcami fragment skóry wzdłuż żyły, a dopiero kiedy zdałem sobie z tego sprawę, opuściłem rękę. Cholera.

    |Rivaille Evans?

    OdpowiedzUsuń
  14. Miło? Nie mogłem powiedzieć tego samego. Świadomość długu wdzięczności odciskała się na moim sumieniu, a uderzyła we mnie szczególnie mocno, kiedy wampir wypowiedział moje imię. Silnie zadrżałem, kiedy dotarło do moich uszu. Nienawidziłem tego. Nie chciałem, by to zobaczył.
    Skupiłem się na jedzeniu, widząc, że Evans także zaczyna milczeć. Zdołałem w spokoju pochłonąć całą jajecznicę, która wcale nie była taka zła. Zająłem się dopijaniem herbaty, nim znów odezwał się do mnie. Jego spokojny głos mnie drażnił. Wytykał mi moje błędy dokładnie tak, jakby czuł nade mną przewagę i czuł się ode mnie wyższy. Albo to ja po prostu czułem się gorszy. Zresztą, wesoła, tęczowa koszuleczka szczególnie mocno nakreślała moją pozycję w tej sytuacji.
    Prawdę powiedziawszy, nie miałem pojęcia, jaka dawka tojadu stanowiła dla wilkołaka śmiertelną. Niby skąd miałem to wiedzieć? Gdzieś z tyłu głowy miałem jednak świadomość, że każdego dnia igram ze śmiercią, szczególnie, że moje ciało było słabe i drobne. Ten fakt z całą pewnością zmniejszał maksymalną ilość tojadu, jaką mogłem przyswoić. Ale i tak to robiłem. Za to mogłem dostać więcej. I dostawałem. Uważałem to za dobrą wymianę. Wiedziałem, że ryzykuję tym życie, ale jeszcze nigdy nic mi się nie stało. Zawsze testowałem. Balansowałem na krawędzi. Nie obawiałem się tego. Już nie.
    Drgnąłem jeszcze silniej, kiedy wspomniał o wampirach. Cholera, to wcale nie tak, że się ich bałem, jednak zacisnąłem mocniej palce na kubku. Pieprzony Evans. Co on sobie myślał, rozgrzebując w ten sposób moją osobę i wszystkie sekrety? Musiałem się stąd wynieść jak najszybciej.
    Dopiłem herbatę, zaraz oblizując blade, pełne usta. Delikatnie odbijały promienie słońca bijące przez kuchenne okno. Choć siedziałem na tym krześle sztywno, nie mogłem powiedzieć, że poranek należał do nieprzyjemnych. Nie doświadczałem takich wielu, odkąd... cholera.
    — Skąd wiesz, ile tojadu miałem w sobie? — Zapytałem, bowiem to niezmiernie mnie interesowało. Chciałem też przerzucić temat własnych myśli na nieco inny tor, byle jak najodleglejszy od Charliego. Sam nigdy nie wiedziałem, ile tojadu mi podawano. Domyślałem się, jak nieodpowiedzialne było to mojej strony, jednak nigdy nie zwracałem na to większej uwagi.
    Nie chciałem odpowiadać na jego pytanie dotyczące mojego wieku, ponieważ odpowiedź była raczej dosyć logiczna. Sam twierdził, że wyglądam jak dzieciak, a ja sam miałem świadomość tego, że moja uroda odejmuje mi lat. Z całą pewnością obstawiał, iż byłem w nastoletnim wieku, a przecież nawet głupiec wiedział, że wilkołaki, w przeciwieństwie do wampirów, starzeją się.
    Obserwowałem, jak przygryza wargę, nie do końca wiedząc, jak długo już wpatruję się w jego usta. Wreszcie jednak odchrząknąłem, zeskakując z krzesła. Wprawdzie powiedział, że nie jestem tu, żeby sprzątać, ale mogłem chociaż pozmywać naczynia.
    — Co zrobiłeś z moimi ubraniami? — Zapytałem uprzejmie, zabierając mu talerz sprzed nosa. Zależało mi na odzyskaniu ich i jak najszybszym opuszczeniu tego miejsca.

    |pedant

    OdpowiedzUsuń
  15. Pozwoliłem. To słowo było tutaj kluczowe. Zacisnąłem palce na talerzach bardzo mocno, ale prędko je odłożyłem. Już prawie czułem, jak pękają mi w dłoniach. Nie chciałem narobić tu więcej syfu. Zająłem się myciem naczyń, aby odgonić od siebie myśli dotyczące tojadu. Zawsze tak robiłem, a ich było zdecydowanie za dużo.
    Nieco zdębiałem, kiedy stanął obok mnie. Jego cień całkowicie mnie przytłoczył. Dlaczego musiałeś być tak cholernie wysoki, pieprzony wampirze? Albo to ja naprawdę byłem aż tak niski. Zapragnąłem na niego spojrzeć, jednakże wiedziałem, że aby to uczynić, musiałbym zadrzeć głowę do góry. Jego niedoczekanie.
    Podejrzewałem, że wyprał moje ubrania, i podejrzewałem, że w przeciwieństwie do pieniędzy, nie znalazł i nie wyjął z kieszeni marynarki wizytówek. Na całe szczęście marynarka nie wyglądała na oblepioną papierem, tak więc oszczędziłem wampirowi zbędnych obelg. Kiedy wrócił, akurat kończyłem wycierać do sucha talerze i kubki. Uwaga o koszulce rozbawiła mnie dosyć dotkliwie, jednakże, jak to miałem w zwyczaju, nie pokazałem tego po sobie. I tak uraczyłem go zbyt dużym wachlarzem swojej ekspresji, czego nie powinienem czynić absolutnie nigdy w życiu. Ale to wszystko przez te jego cholernie zielone oczy.
    Powoli odłożyłem czyste naczynia na blat, przysłuchując się uważnie jego słowom. Dopiero kiedy wszystko znalazło się na swoim miejscu, a ubrania w moich dłoniach, obdarzyłem go swoim spojrzeniem.
    — Wybacz, ale nie skorzystam — w moim głosie malowała się drwina. Nawet po tym wszystkim, co dla mnie zrobił, nie potrafiłem mu podziękować. Wiedziałem, że to nieodpowiednie zachowanie z mojej strony, jednak nie miałem zamiaru nic z tym zrobić. — Nie potrzebuję pomocy. Całkiem dobrze się bawię — oznajmiłem, choć drwina ustąpiła smutkowi, który wstąpił do mojego spojrzenia. Nie byłem go świadomy w ani jednym procencie.
    Zmierzając do pokoju, w którym spałem, aby się przebrać, raz jeszcze dokładnie analizowałem jego słowa. Moja pieprzona pamięć zdołała zapamiętać kubek w kubek każdy wyraz oraz ton, z jakim je wypowiedział. Troska tego krwiopijcy przyprawiała mnie o mdłości. Nie potrzebowałem jej wcale. Gdyby ktoś mnie skrzywdził... Cholera, czy ten wampir naprawdę nie myślał? Pozwalałem się krzywdzić każdego wieczoru. Dotkliwie. Nieraz czerpałem z tego przyjemność.
    — Szlag by cię wziął — mruknąłem pod nosem sam do siebie, nim zaszyłem się w pomieszczeniu.
    Poskładałem tęczową koszulkę dokładnie i zostawiłem ją na brzegu łóżka wraz z postrzępioną wizytówką z marynarki. Jej jakość po praniu była znikoma, aczkolwiek dało się z niej odczytać numer telefonu oraz inne bzdety. Swoje buty znalazłem sam, pamiętałem, że stały przy łóżku. Poprawiłem kołnierzyk koszuli i dopiero wówczas wróciłem do kuchni. Poplamiona krwią nie nadawała się już do niczego.
    Ponownie obrzuciłem Evansa spojrzeniem, które wreszcie miało właściwe brzmienie. W tej tęczowej koszulce nie potrafiłem wyglądać groźnie, choć zapewne w jego oczach w ogóle taki nie byłem. Podszedłem do stołu, aby wziąć i skrzętnie zwinąć banknoty, które następnie wcisnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki.
    — Dobra jajecznica — rzuciłem na odchodne. Sekundę później już mnie tam nie było.

    |do zobaczenia w klubie?

    OdpowiedzUsuń